Łatwo i przyjemnie Manchester United awansował na pozycję lidera. Na tak wysokim szczeblu rozgrywek nie powinny zdarzać się takie rzeczy, żeby zespół tracił sześć bramek w przeciągu jednej połowy. Jeszcze do przerwy Newcastle jakoś wybroniło bezbramkowy remis, ba strzeliło nawet gola, którego nie uznał sędzia, niesłusznie, ale jak wytłumaczyć to, co się stało po przerwie. Wtedy grała już tylko jedna drużyna, która stwarzała sobie okazję za okazją i wykorzystała tylko sześć. Piszę tylko, bo pewnych sytuacji było dwa, może trzy razy tyle. Nie wiem, kto będzie nowym menadżerem Newcastle, ale Harry Redknapp odmawiając objęcia zespołu zrobił dobry ruch. Newcastle wymaga głębokich zmian w składzie i wielkiej cierpliwości ze strony właściciela, a stworzenie zespołu, który będzie walczył o czołowe miejsca w lidze, wydaje się być w tym momencie bardzo odległe.
Do zmiany lidera potrzebne było jeszcze potknięcie się lidera i coś takiego miało miejsce. Remis z Birmingham nie powinien się zdarzyć, zwłaszcza remis na własnym boisku. Dodatkowo doszła jeszcze strata gola po stałym fragmencie gry i to chyba dowód braku Kolo Toure. Oczywiście nie można powiedzieć, że gdyby pochodzący z WKS zawodnik grał, to Arsenal bramki by nie stracił, ale z nim w składzie, obrona Kanonierów wygląda pewniej. Mistrzostwo zdobywa się nie w takich meczach, jak ten Man Utd z Newcastle, a w takich, jaki w tej kolejce rozegrał Arsenal. Sztuką jest wygrać wtedy, kiedy nie idzie, kiedy rywal myśli tylko o defensywie i kurczowo broni rezultatu. Czerwone Diabły z reguły takie spotkania wygrywają, wydawało się przez moment, że Arsenal też już to umie. Mecz z Birmingham pokazał, że jednak nie i może się okazać, że strata punktów będzie prześladować Kanonierów do końca sezonu.
Potknięcie Arsenalu wykorzystała także Chelsea wygrywając z Tottenhamem i redukując dystans do liderów do czterech punktów. The Blues są chyba jedynym zespołem w lidze, który ma realne szanse na włączenie się do walki o tytuł. Z derbów Londynu trudno zapamiętać coś szczególnego. No może gol Bellettiego, debiut Anelki (całkiem przyzwoity) i słabą, momentami fatalną, grę gości. Szarpana, pełna błędów i zupełnie niepotrzebnych strat piłki, zupełnie jakby rekord Chelsea na Stamford Bridge, czy w meczach z Tottenhamem, spętał nogi i głowy zawodników gości. Teoretycznie nie powinno się przekreślać szans Liverpoolu, ale to bardziej brzmi jak zaklinanie rzeczywistości, niż realna ocena potencjału The Reds. Kolejny remis, tym razem wyjazdowy z Middlesbrough oznacza, że szanse na tytuł są właściwie tylko matematyczne. Nic nie wskazuje na to, że dokona się jakiś pozytywny przełom, który zaprowadzi The Reds na szczyt ligowej tabeli. Teraz trzeba raczej martwić się o zajęcie miejsca dającego prawo gry w UCL, bo inne drużyny poczuły, że Liverpool jest do ogrania.
Powtórzę się, ale Derby straciło po raz kolejny ostatnią szansę na uratowanie się przed spadkiem, tym razem chyba ostatecznie. Ściągnięto nowych zawodników, grano mecz z Wigan, drużyną która także uwikłana jest w bój o pozostanie w lidze. Lepszej okazji na przełamanie passy złych wyników (szesnaste spotkanie bez zwycięstwa, zdobyte w tym czasie trzy punkty) nie będzie, a gdy pierwszego marca przyjedzie Sunderland, to już wszystko może być ostatecznie przesądzone. Im szybciej Derby pogodzi się ze spadkiem, tym więcej dobrego wyniknie dla klubu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz