niedziela, 16 grudnia 2007

17 Gameweek Premier League

No i wielka niedzielna kolejka za nami. W dwóch hitach padły tylko dwie bramki, ale emocji naprawdę nie brakowało. W pierwszym spotkaniu, Liverpool podejmował Man Utd i już na początku wielka niespodzianka. The Reds zagrali tym samym składem, jak w Marsylii, czyli że zabrakło rotacji w składzie. To naprawdę rzadki wyczyn, jak podaje BBC w artykule pomeczowym zdarzyło się to dopiero trzeci raz za rządów Beniteza, żeby Liverpool w dwóch meczach pod rząd wystawił ten sam skład. Sam mecz już nie przyniósł większych niespodzianek, Liverpool tradycyjnie bił głową w mur i miał potężne problemy ze sforsowaniem defensywy gości. Czerwone Diabły natomiast grały spokojnie, z wyrachowaniem, jakby wiedząc, że prędzej czy później uda im się wbić gola. Udało się to w końcówce pierwszej połowy, po błędzie defensywy gospodarzy. Któryś z zawodników The Reds został w bramce po rzucie rożnym i dzięki temu Tevez mógł zdobyć gola, inaczej byłby spalony. W drugiej połowie Liverpool atakował groźniej, kilka razy sprawił kłopoty Van der Sarowi (który był jakoś dziwnie rozkojarzony i wpadał na swoich kolegów z drużyny wychodząc do piłki), wprowadzenie Babela ożywiło ataki (tylko czemu tak późno Holender pojawił się na boisku), ale wyrównać się nie udało. Liverpool traci już dziewięć punktów do swoich dzisiejszych rywali (wciąż ma mecz w zapasie) i spotkanie Beniteza z właścicielami klubu raczej nie będzie zbyt miłe. Niby dziewięć punktów to nie jest poważna strata, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić trwoniący punkty zespół z Manchesteru.
Drugie wielkie spotkanie, derby Londynu pomiędzy Arsenalem i Chelsea, także dostarczyło wiele emocji, choć tylko jedną bramkę. Co ciekawe Gallas także trafił do siatki pod koniec pierwszej połowy, a Chelsea miała trochę pecha. Najpierw kontuzja wyłączyła z gry Didiera Drogbę, Michael Essien pauzuje za kartki, a w pierwszej połowie po ostrym starcie z Emmanuelem Eboue musiał zejść John Terry. Jeśli dodamy do tego błąd Petra Cecha i słaby występ Franka Lamparda, to porażka Chelsea wydaje się dość zrozumiała. Arsenal miał okazje na podwyższenie wyniku, gracze Kanonierów trafili nawet dwa razy do siatki (najpierw spalony, potem faul i gole nie zostały uznane), ale emocje były w tym spotkaniu do końca. Chelsea starała się wyrównać, swoje szanse miał nawet Szewczenko, który teraz chyba jest drugim napastnikiem, ale brakowało jednak jakości i siły przebicia z przodu. Na domiar złego pod koniec nie wytrzymał Ashley Cole, który moim zdaniem uderzył Fabregasa po tym, jak ten ostatni wszedł w niego ostro wślizgiem. Sędzia tego nie dostrzegł, ale zapis wideo może być podstawą ukarania angielskiego obrońcy.
Pozostałe spotkania, rozgrywane w sobotę, przyniosły wiele bramek. Na pierwszym planie jest oczywiście spotkanie Wigan z Blackburn, zakończone wynikiem 5:3. Oprócz bramek kibice mieli też sporo emocji. Najpierw gospodarze strzelili trzy bramki i wydawało się, że jest po meczu. Potem swoje trzy bramki strzelił Roque Santa Cruz, co od razu w relacjach live, czy na forach, spowodowało wysyp dowcipów o św Mikołaju. Potem swój hat-trick skompletował Marcus Bent, co dało wygraną gospodarzom. Te trzy punkty były naprawdę potrzebne zespołowi Wigan, który jest wciąż w strefie spadkowej, ale jedno zwycięstwo może ich z tej strefy wyciągnąć. W przeciwieństwie do Latics, los Derby County wydaje się być już przesądzony. Kolejna porażka, tym razem z Middlesbrough u siebie, sprawiła że dystans do bezpiecznego miejsca w tabeli wynosi już osiem punktów. To już bardzo poważna strata biorąc pod uwagę siłę zespołu i jakiekolwiek szanse na pozostanie w lidze mogą nie dożyć Nowego Roku. Na uwagę zasługuje zwycięstwo Tottenhamu i zachowanie przez drużynę czystego konta. Już chyba ostatecznie zespół wygrzebał się z walki w dole tabeli i od teraz zacznie systematycznie piąć się w górę. Potencjał tej drużyny na pewno nie odzwierciedla miejsca w tabeli i już za kilka kolejek Spurs powinni być w górnej połówce tabeli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz