piątek, 9 marca 2007

Legia - Groclin

Bardzo słaby, ba wręcz fatalny mecz w wykonaniu warszawskiego zespołu. To już nie chodzi tylko o napastników, ale o całą grę ofensywną na którą Legia nie miała po prostu pomysłu. Groclin bardzo mądrze rozbijał ataki gospodarzy, zagęścił środek pola, a ponieważ Roger i Radović grali słabo, jedyny pomysł na atak to zagranie długiej piłki do napastników, tak jakby Korzym z Janczykiem potrafili walczyć w powietrzu z rosłymi obrońcami. W miarę wychodziła gra z kontry, ale znów nie było komu kończyć akcji strzałami. Im bliżej końca tym gorzej grała Legia, zupełnie jakby zawodników spętała presja. Pierwsza połowa to jeszcze w miarę dobra gra gospodarzy (chociaż to kontry gości były o wiele groźniejsze niż akcje Legii), ale po zmianie stron to goście dyktowali warunki, tak jakby przed przerwą sprawdzali na co stać warszawski zespół. Zmiany napastników znów niczego nie dały, Korzym był aktywniejszy w pierwszych 45 minutach (2 celne strzały na bramkę), ale na drugą połowę już nie wyszedł. Janczyk praktycznie niewidoczny, wydaje mi się, że Włodarczyk przez parę minut zrobił więcej, niż Dawid przez ponad godzinę. W 66 minucie kapitalny gol Adriana Sikory (stadiony świata, Fabiański był bez szans), a minutę potem pudło kolejki, kiedy ten sam zawodnik spudłował stojąc metr przed pustą bramką. Legia powinna się rzucić do ataku, ale nic takiego nie nastąpiło, Groclin bardzo umiejętnie kontrolował grę. Gdy pod koniec Legia musiała grać w 10 (Bartłomiej Grzelak doznał kontuzji, a limit zmian już był wyczerpany) było jasne, że goście dowiozą wynik do końca. Praktycznie niewidoczny był Roger, który miał napędzać akcje Legii. Jeśli w meczu z Cracovią szwankowała tylko skuteczność, tak w tym meczu zawiodło praktycznie wszystko, a Groclin grający dużo mądrzej i dojrzalej od Legii zasłużenie wygrał.
Czyżby w tym momencie wykruszył się pierwszy kandydat z piątki bijącej się o mistrza? Z taką grą na pewno, jutrzejsze zwycięstwo Botu GKS będzie oznaczać osiem punktów różnicy między Legią a liderem, to jest już dystans trzech meczów. 18 marca Legia jedzie właśnie do lidera, ale z taką grą nie ma czego tam szukać. Przegrana w Bełchatowie będzie oznaczać definitywny koniec szans na obronę tytułu mistrzowskiego i może to wyzwoli w graczach tę sportową złość, której tak brakowało dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz