Zaczęło się wielkim meczem w piątek. Wielkim ze względu na historię tych spotkań (zwłaszcza w ostatnich latach), bo forma obu drużyn w tym sezonie nie zachwyca, oba zespoły mogą myśleć już tylko o miejscu dającym prawo gry w Pucharze Intertoto. Zabrakło z powodu kontuzji Dicksona Choto i już obrona Legii pozwoliła Wiśle na strzelenie trzech bramek. Do ich strzelenia krakowski zespół potrzebował zmiany skrzydeł, bo pojawienie się na murawie po przerwie Piotra Brożka i Jakuba Błaszczykowskiego zdecydowanie odmieniło grę gospodarzy. Ten pierwszy bardzo ładnie asystował przy bramce swojego brata, ten drugi przeprowadził kapitalny rajd przy trzeciej bramce. Legia odpowiedziała jednym golem, po którym pewne pretensje można mieć do bramkarza "Białej Gwiazdy", bo Maciej Korzym trafił do siatki praktycznie z zerowego kąta.
Reszta spotkań bez większych niespodzianek, poza meczem w Kielcach. Korona grała z Odrą i mimo że ma do rozegrania mecz w samo południe w finale PP we wtorek, to do spotkania z wodzisławianami przystępowała z pozycji faworyta. Wydawało się, że wszystko układa się po myśli gospodarzy, zwłaszcza że w 14 minucie sędzia podyktował rzut karny przeciwko Odrze. Jednak Paweł Sasin uparł się, żeby nie strzelić bramki zarówno z karnego, jak i po dobitce, a gospodarze od tego momentu grali coraz słabiej. Zwieńczeniem ich popisów była akcja w drugiej połowie, kiedy to gracze Odry cieszyli się ze strzelonej bramki, niesłusznie nieuznanej, po tym jak sędzia liniowy zasygnalizował spalonego, a gracze Korony wyszli w szybkim kontrataku, jednak Mariusz Zganiacz i Grzegorz Bonin tak długo podawali sobie piłkę, że kompletnie zapomnieli o strzale na bramkę. Zemściło się to w 70 minucie, kiedy to Cristiano Ronaldo wodzisławskiej Odry, czyli Jan Woś, minął dryblingiem dwóch graczy gospodarzy, znakomicie dośrodkował do Jakuba Grzegorzewskiego, a temu nie pozostało nic innego, jak skierować piłkę głową do siatki Korony. Jeśli ktoś liczył na szturm gospodarzy w celu odrobienia strat, to się przeliczył, mądrze grająca Odra nie pozwoliła na wiele kielczanom. Gdyby ktoś nie wiedział, w jakich koszulkach grają oba zespoły, to miał pełne prawo pomylić graczy jednej i drugiej drużyny.
Jak już pisałem, reszta meczów bez sensacji. Lech wygrał z Górnikiem Łęczna, chociaż wynik 1:0 to raczej nie to, na co czekali kibice. Pogoń Szczecin po raz kolejny przegrała i po raz kolejny ma prawo czuć się pokrzywdzona wynikiem. Ze skrótu prezentowanego na antenie Canal+ wynikało, że Pogoń jest co najmniej o klasę lepsza w tym spotkaniu. Brakowało jedynie, a może aż, skutecznego wykończenia stwarzanych okazji. Z kolei Widzew miał pół klarownej sytuacji w całym meczu i to wystarczyło, żeby Stefano Napoleoni pokonał Radosława Majdana. Trochę szkoda, że ten gol dla Widzewa nie padł po strzale z rzutu wolnego Josepha Dayo Oshadogana, bo to mógłby być kandydat do najpiękniejszej bramki całej rundy. Niepokojący jest też fakt, że mimo obniżenia ceny biletów do 5 złoty, na trybunach było zaledwie 3,5-4 tysiące widzów.
Wisła Płock zwolniła Josefa Csaplara i chyba była to nieprzemyślana decyzja. Jego następca, Przemysław Cecherz, nie uzyskał certyfikatu i ma zgodę od PZPN na prowadzenie zespołu tylko do 6 maja. Sam mecz z Zagłębiem to porażka nie warta jakichś poważniejszych komentarzy. Sytuacja płockiego klubu, który przecież rok temu zdobył PP i Superpuchar Polski, jest tragiczna. Zespół po odejściu Ireneusza Jelenia rozsypał się kompletnie i już chyba nikt nie wierzy w możliwość utrzymania się w lidze. Nieszczęście Wisły i Pogoni jest szczęściem Górnika Zabrze, który najprawdopodobniej zajmie miejsce barażowe. Teoretycznie mecz z Groclinem miał dać trzy punkty, zwłaszcza że goście grają w finale PP i można było się spodziewać pewnej obniżki formy. Absencja kilku podstawowych zawodników Górnika spowodowała jednak, że Groclin wywiózł trzy punkty z Zabrza.
Teoretycznie zwycięstwo Arki z Cracovią można uznać za niespodziankę, ale dla mnie było oczywiste, że po klęsce w Lubinie zespół postara się wygrać następny mecz. Jeśli dodamy do tego informacje, że trener Wojciech Stawowy miał ogłosić piłkarzom w poniedziałek, że podaje się do dymisji, to wynik tego meczu wydawał się łatwy do przewidzenia. Od początku na bramkę Marcina Cabaja sunęły ataki i było tylko kwestią czasu, kiedy padnie pierwszy gol dla Arki. Zwycięstwo pozwala Arce odskoczyć na bezpieczny dystans od strefy spadkowej, a spotkanie po meczu właściciela klubu, Ryszarda Krauzego, z piłkarzami i trenerami pozwala przypuszczać, że Arka w drugiej lidze będzie grała tylko rok.
Na koniec pozostały derby województwa łódzkiego. ŁKS ma pełne prawo czuć się pokrzywdzony wynikiem, bo prezentował się (zwłaszcza w pierwszej połowie) dużo lepiej od bełchatowian. Dwie nieuznane bramki (jedna słusznie, ale druga na pewno była zdobyta prawidłowo, chociaż bramkarz wtedy już nie interweniował), zdecydowanie lepsza gra, a GKS praktycznie nie był w stanie zaatakować. Gdy w 30 minucie musiał zejść kontuzjowany w jednym ze starć Łukasz Garguła, wydawało się, że goście nie są w stanie tego spotkania wygrać. Jednak pojawienie się na boisku Pawła Strąka zdecydowanie poprawiło grę w środku pola i ograniczyło ofensywne zapędy łodzian. Gdy Dawid Nowak w 39 minucie strzelił bramkę, chyba jednak po błędzie Tomasza Kłosa, to już do końca meczu GKS nie był praktycznie w poważniejszych opałach. Trzy punkty zdobyte w Łodzi pozwalają wrócić zespołowi z Bełchatowa na fotel lidera, a o słabej grze w tym meczu szybko się zapomni. To jest właśnie jedna z cech mistrzowskich ekip, zdobywają one punkty nawet wtedy, gdy ich rywal gra lepiej.
Reszta spotkań bez większych niespodzianek, poza meczem w Kielcach. Korona grała z Odrą i mimo że ma do rozegrania mecz w samo południe w finale PP we wtorek, to do spotkania z wodzisławianami przystępowała z pozycji faworyta. Wydawało się, że wszystko układa się po myśli gospodarzy, zwłaszcza że w 14 minucie sędzia podyktował rzut karny przeciwko Odrze. Jednak Paweł Sasin uparł się, żeby nie strzelić bramki zarówno z karnego, jak i po dobitce, a gospodarze od tego momentu grali coraz słabiej. Zwieńczeniem ich popisów była akcja w drugiej połowie, kiedy to gracze Odry cieszyli się ze strzelonej bramki, niesłusznie nieuznanej, po tym jak sędzia liniowy zasygnalizował spalonego, a gracze Korony wyszli w szybkim kontrataku, jednak Mariusz Zganiacz i Grzegorz Bonin tak długo podawali sobie piłkę, że kompletnie zapomnieli o strzale na bramkę. Zemściło się to w 70 minucie, kiedy to Cristiano Ronaldo wodzisławskiej Odry, czyli Jan Woś, minął dryblingiem dwóch graczy gospodarzy, znakomicie dośrodkował do Jakuba Grzegorzewskiego, a temu nie pozostało nic innego, jak skierować piłkę głową do siatki Korony. Jeśli ktoś liczył na szturm gospodarzy w celu odrobienia strat, to się przeliczył, mądrze grająca Odra nie pozwoliła na wiele kielczanom. Gdyby ktoś nie wiedział, w jakich koszulkach grają oba zespoły, to miał pełne prawo pomylić graczy jednej i drugiej drużyny.
Jak już pisałem, reszta meczów bez sensacji. Lech wygrał z Górnikiem Łęczna, chociaż wynik 1:0 to raczej nie to, na co czekali kibice. Pogoń Szczecin po raz kolejny przegrała i po raz kolejny ma prawo czuć się pokrzywdzona wynikiem. Ze skrótu prezentowanego na antenie Canal+ wynikało, że Pogoń jest co najmniej o klasę lepsza w tym spotkaniu. Brakowało jedynie, a może aż, skutecznego wykończenia stwarzanych okazji. Z kolei Widzew miał pół klarownej sytuacji w całym meczu i to wystarczyło, żeby Stefano Napoleoni pokonał Radosława Majdana. Trochę szkoda, że ten gol dla Widzewa nie padł po strzale z rzutu wolnego Josepha Dayo Oshadogana, bo to mógłby być kandydat do najpiękniejszej bramki całej rundy. Niepokojący jest też fakt, że mimo obniżenia ceny biletów do 5 złoty, na trybunach było zaledwie 3,5-4 tysiące widzów.
Wisła Płock zwolniła Josefa Csaplara i chyba była to nieprzemyślana decyzja. Jego następca, Przemysław Cecherz, nie uzyskał certyfikatu i ma zgodę od PZPN na prowadzenie zespołu tylko do 6 maja. Sam mecz z Zagłębiem to porażka nie warta jakichś poważniejszych komentarzy. Sytuacja płockiego klubu, który przecież rok temu zdobył PP i Superpuchar Polski, jest tragiczna. Zespół po odejściu Ireneusza Jelenia rozsypał się kompletnie i już chyba nikt nie wierzy w możliwość utrzymania się w lidze. Nieszczęście Wisły i Pogoni jest szczęściem Górnika Zabrze, który najprawdopodobniej zajmie miejsce barażowe. Teoretycznie mecz z Groclinem miał dać trzy punkty, zwłaszcza że goście grają w finale PP i można było się spodziewać pewnej obniżki formy. Absencja kilku podstawowych zawodników Górnika spowodowała jednak, że Groclin wywiózł trzy punkty z Zabrza.
Teoretycznie zwycięstwo Arki z Cracovią można uznać za niespodziankę, ale dla mnie było oczywiste, że po klęsce w Lubinie zespół postara się wygrać następny mecz. Jeśli dodamy do tego informacje, że trener Wojciech Stawowy miał ogłosić piłkarzom w poniedziałek, że podaje się do dymisji, to wynik tego meczu wydawał się łatwy do przewidzenia. Od początku na bramkę Marcina Cabaja sunęły ataki i było tylko kwestią czasu, kiedy padnie pierwszy gol dla Arki. Zwycięstwo pozwala Arce odskoczyć na bezpieczny dystans od strefy spadkowej, a spotkanie po meczu właściciela klubu, Ryszarda Krauzego, z piłkarzami i trenerami pozwala przypuszczać, że Arka w drugiej lidze będzie grała tylko rok.
Na koniec pozostały derby województwa łódzkiego. ŁKS ma pełne prawo czuć się pokrzywdzony wynikiem, bo prezentował się (zwłaszcza w pierwszej połowie) dużo lepiej od bełchatowian. Dwie nieuznane bramki (jedna słusznie, ale druga na pewno była zdobyta prawidłowo, chociaż bramkarz wtedy już nie interweniował), zdecydowanie lepsza gra, a GKS praktycznie nie był w stanie zaatakować. Gdy w 30 minucie musiał zejść kontuzjowany w jednym ze starć Łukasz Garguła, wydawało się, że goście nie są w stanie tego spotkania wygrać. Jednak pojawienie się na boisku Pawła Strąka zdecydowanie poprawiło grę w środku pola i ograniczyło ofensywne zapędy łodzian. Gdy Dawid Nowak w 39 minucie strzelił bramkę, chyba jednak po błędzie Tomasza Kłosa, to już do końca meczu GKS nie był praktycznie w poważniejszych opałach. Trzy punkty zdobyte w Łodzi pozwalają wrócić zespołowi z Bełchatowa na fotel lidera, a o słabej grze w tym meczu szybko się zapomni. To jest właśnie jedna z cech mistrzowskich ekip, zdobywają one punkty nawet wtedy, gdy ich rywal gra lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz