niedziela, 8 sierpnia 2010

Chelsea 1-3 Manchester United

Taki trochę dziwny mecz. Chelsea zaczęła lepiej i ogólniej grała lepiej. Do 20-30 metra przed bramką rywala miała przewagę, ale nic z niej nie wynikało. Ataki Manchesteru były takie dość niemrawe. Gdy wydawało się, że do przerwy nic się już nie zmieni, padł gol dla Manchesteru. Perfekcyjne podanie z głębi pola (oczywiście Paul Scholes), Wayne Rooney zszedł na prawą stronę, zlekceważył go (bo tak to trzeba nazwać) John Terry i pozwolił dośrodkować. Antonio Valencia miał proste zadanie zdobycia gola.
W drugiej połowie gra wyglądała już gorzej. Nie było takich pięknych, składnych akcji. Był za to debiut Javiera Hernandeza. I od razu gol. Bardzo szczęśliwy, bo meksykański napastnik trafił się piłką w twarz, ale zdobył bramkę. Chelsea miała szansę na doprowadzenie do remisu. Daniel Sturridge wprowadził wiele ożywienia w poczynania Chelsea i to jego strzał zakończył się bramką. Co prawda jego uderzenie obronił Edwin van der Sar, ale z dobitką Salomona Kalou nie mógł dać sobie rady. Wydawało się, że The Blues przycisną w końcówce, ale w doliczonym czasie gry pięknego gola zdobył Dymitar Berbatow i ustalił wynik meczu.
Zwycięzca jest zasłużony, to nie była przypadkowa wygrana. Chelsea po prostu rozczarowała. Nie wiem czy to efekt przygotowań przedsezonowych, czy jakiegoś rozprężenia, ale spodziewałem się czegoś więcej po tej drużynie. Poza tym fragmentem na początku Manchester United grał lepiej, mądrzej, z większym wyrachowaniem. Chelsea nie miała zbyt wielu atutów, żeby przeciwstawić się przeciwnikowi. Nie miała pomysłu, jak go ugryźć. Daleko idących wniosków nie ma co wyciągać z tego meczu, ale mimo wszystko Chelsea ma nad czym myśleć.

Skrót: klik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz