poniedziałek, 20 października 2008

8 Gameweek Premier League

Wracamy po przerwie na spotkania reprezentacyjne. W takim momencie nigdy nie wiadomo, jak zaprezentują się drużyny. W końcu spotkania międzypaństwowe, podróże, zmęczenie i milion innych czynników może mieć wpływ na formę. Pierwszym spotkaniem w tej kolejce był pojedynek Middlesbrough z Chelsea. Gospodarze, zwłaszcza w tamtym sezonie, bardzo często zaskakiwali, przegrywając ze słabszymi, ale urywając punkty mocniejszym. Można było liczyć na podobne rozstrzygnięcie, zwłaszcza że Chelsea borykała się z kontuzjami wielu zawodników. Jednak wynik to 0:5. Zaskakujący, jednak z przebiegu gry całkowicie zasłużony. Carlo Cudicini, zastępujący kontuzjowanego Petra Cecha, właściwie ani razu nie był w poważnych kłopotach. Jeśli już pojawiał się jakiś problem, to z powodu błędów w obronie, a nie akcji Boro. Naprawdę, można przegrać, ale praktycznie ani razu nie zagrozić bramce rywala? Takie coś nie powinno się zdarzyć, tym bardziej na własnym boisku.

Chelsea lideruje, a w zupełnie innych nastrojach jest Tottenham. Osiem spotkań, dwa remisy i sześć porażek. Fatalny początek sezonu. Nie sądzę że Spurs spadną z ligi, bo na to są po prostu za silni, ale prawdopodobnie czeka ich długi pobyt w strefie spadkowej. Ciekawe czy Juande Ramos przetrwa do, hmm jutra. Szczerze mówiąc będę lekko zaskoczony, jeśli Hiszpan zostanie na stanowisku na jakiś dłuższy okres. Porażki ze Stoke nie można zwalić na pech. To gospodarze mieli dwa słupki (po rzucie karnym) i dwie poprzeczki, a dwie czerwone kartki dla zawodników Tottenhamu to dopełnienie czary goryczy. Jest jeszcze Heurelho Gomes demolujący Vedrana Corlukę (najpierw żebra, potem głowa przy wyjściu do dośrodkowań), dopełniający obrazu porażki.

W następnej kolejce będziemy świadkami bardzo ciekawie zapowiadającego się meczu. Starcie Chelsea z Liverpoolem oznacza pojedynek lidera z wiceliderem. Gospodarz wcale nie będzie faworytem. Co prawda Liverpool nie wygrywa w tak olśniewający sposób, ale wygrywa. Ostatnie zwycięstwo, nad Wigan, także zostało wyrwane rywalowi z rąk. Przez długi czas Wigan prowadziło po dwóch bramkach Amra Zakiego, a The Reds nie mogli sobie poradzić z nieobecnością kontuzjowanego Fernando Torresa. Jednak w końcowych minutach to Liverpool znowu się uratował i do spotkania na Stamford Bridge przystąpi niezwykle podbudowany psychicznie.

Wygrała cała wielka czwórka, ale w czołówce dość niespodziewanie wciąż jest Hull. Trzecie zwycięstwo z rzędu, najpierw Arsenal, potem Tottenham, a teraz West Ham. Wiele można mówić o problemach finansowych Młotów i ich wpływie na grę zespołu, ale trzeba pochwalić zawodników Hull. Do końca sezonu jeszcze wiele spotkań, ale już teraz można uznać, że oni ten sezon wygrali. Przed startem rozgrywek były poważne obawy, czy nie powtórzą losu Derby z poprzedniego sezonu. Już wiadomo, nie powtórzyli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz