Chelsea jest o włos od awansu, wywiozła z Anfield dobry wynik. Dużo lepszy niż gra, szczerze mówiąc. Szczęście, które sprzyjało Liverpoolowi w tej edycji (choćby rzuty karne z Arsenalem), skończyło się w tym spotkaniu. The Reds mieli przewagę, momentami bardzo dużą i stworzyli sobie wiele dobrych okazji. Chelsea grała niemrawo, nie stwarzała aż tak groźnych sytuacji pod bramką José Reiny, a w drugiej połowie, kiedy teoretycznie powinna atakować, pomysłem na grę ofensywną przez wiele minut było zagrywanie długiej piłki na Didiera Drogbę. W defensywie natomiast świetny mecz grał Petr Čech, który w końcówce powstrzymał Stevena Gerrarda i Fernando Torresa. Gdyby wtedy padła druga bramka dla gospodarzy, to nie sądzę, że Chelsea potrafiłaby strzelić gola. Raczej mogłaby się otworzyć i zostać skarcona kolejnymi bramkami. Przy wyniku 1:0 londyńczycy bronili tej straty, chociaż to brzmi głupio, wierząc w magię Stamford Bridge. Trzeba zauważyć, że tym razem Avram Grant dokonał dobrych zmian. Lekcja chociażby z Carling Cup została odrobiona, bo teraz i Salomon Kalou i Nicolas Anelka mieli wpływ na wynik. Ten pierwszy dośrodkował, mimo asysty dwóch zawodników The Reds. Ten drugi wywarł presję, bo jakby za plecami Johna Arne Riise nie było nikogo, to Norweg nigdy nie skierowałby piłki do siatki, a tak, wiedząc że za nim jest francuski napastnik, Riise musiał coś zrobić z piłką. Zdecydował się wybijać na rzut rożny, ale ponieważ prawa noga służy mu głównie do podpierania się, zagrał piłkę głową. Efekt wszyscy znamy. Ten gol, pierwszy w meczu wyjazdowym jeśli chodzi o pojedynki tych zespołów w UCL, stawia w bardzo korzystnej sytuacji Chelsea. Liverpool w Lidze Mistrzów jeszcze nie zdobył bramki na Stamford Bridge za kadencji Rafy Beniteza. Teraz musi, ale nie jestem pewien, czy mu się to uda. Chelsea bardzo długo chciała awansować do finału i zrewanżować się za wcześniejsze porażki. Teraz ma wielką szansę by tego dokonać, nie sądzę, że łatwo z tego zrezygnuje.
Drugi półfinał przypominał mi mecz Milanu z Manchesterem United rok temu. Gdyby tylko Katalończycy mieli kogoś takiego jak Kaká, to prawdopodobnie wygraliby ten mecz kilkoma bramkami. Przewaga w tym spotkaniu gospodarzy, wyrażona choćby posiadaniem piłki (61:39), powinna przynieść choćby jednego gola. Brakowało jednak dokładności, tego ostatniego podania przed bramką rywala, bo bardzo często piłka w tym kluczowym momencie była zagrywana niedokładnie, jakby na odczepnego. Może Barcelona za bardzo chciała, to mogłoby tłumaczyć te niedokładności. Cristiano Ronaldo trafił z karnego w słupek, co potwierdza tezę, że w tych wielkich meczach grac nie potrafi. Albo może pod koniec sezonu jest bez formy, tak jakby przychodziła ona zbyt szybko. Mimo tego pudła i ataków Barcelony, Czerwone Diabły są w bardzo dobrym położeniu. Na swoim boisku są w stanie wygrać rewanż, przede wszystkim są w stanie zachować czyste konto. To powinno wystarczyć, bo nie sądzę, że Barcelona zagra na zero z tyłu na Old Trafford. Strata bramki wydaje się być pewna, a strzelenie wtedy dwóch jest raczej niemożliwe. Podopieczni Sir Alexa Fergusona rzadko tracą dwie bramki w jednym meczu, w UCL tylko raz (z Dynamem Kijów, a więc dawno temu, bo w październiku). Tak więc awans jest niemal pewny, co oznacza, że zmierzamy do finału Chelsea-Manchester United.
Drugi półfinał przypominał mi mecz Milanu z Manchesterem United rok temu. Gdyby tylko Katalończycy mieli kogoś takiego jak Kaká, to prawdopodobnie wygraliby ten mecz kilkoma bramkami. Przewaga w tym spotkaniu gospodarzy, wyrażona choćby posiadaniem piłki (61:39), powinna przynieść choćby jednego gola. Brakowało jednak dokładności, tego ostatniego podania przed bramką rywala, bo bardzo często piłka w tym kluczowym momencie była zagrywana niedokładnie, jakby na odczepnego. Może Barcelona za bardzo chciała, to mogłoby tłumaczyć te niedokładności. Cristiano Ronaldo trafił z karnego w słupek, co potwierdza tezę, że w tych wielkich meczach grac nie potrafi. Albo może pod koniec sezonu jest bez formy, tak jakby przychodziła ona zbyt szybko. Mimo tego pudła i ataków Barcelony, Czerwone Diabły są w bardzo dobrym położeniu. Na swoim boisku są w stanie wygrać rewanż, przede wszystkim są w stanie zachować czyste konto. To powinno wystarczyć, bo nie sądzę, że Barcelona zagra na zero z tyłu na Old Trafford. Strata bramki wydaje się być pewna, a strzelenie wtedy dwóch jest raczej niemożliwe. Podopieczni Sir Alexa Fergusona rzadko tracą dwie bramki w jednym meczu, w UCL tylko raz (z Dynamem Kijów, a więc dawno temu, bo w październiku). Tak więc awans jest niemal pewny, co oznacza, że zmierzamy do finału Chelsea-Manchester United.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz