niedziela, 13 kwietnia 2008

Manchester United - Arsenal 2:1

No to można powiedzieć, właściwie już bez ryzyka, że szanse Arsenalu na tytuł właśnie stopniały do zera, po "polskim" meczu. Manuel Almunia doznał kontuzji nadgarstka, więc na ławce rezerwowych siedziało dwóch polskich bramkarzy: Tomasz Kuszczak i Łukasz Fabiański. Na tym się kończą polskie akcenty. W wyjściowej jedenastce Kanonierów niespodzianka, na środku obrony Alexandre Song Billong, który ostatni raz zagrał w barwach Arsenalu jeszcze w grudniu. Pierwsza połowa poświęcona na wzajemne poznanie się rywali, co ciekawe groźniej atakowali goście. Trochę zabawnie wyglądało zebranie połowy drużyny Arsenalu w przerwie spowodowanej kontuzję Emmanuela Eboue. Druga połowa natomiast zaczęła się od bramki. Emmanuel Adebayor wykorzystał niezdecydowanie defensywy Czerwonych Diabłów i ręką skierował piłkę do siatki. Myślę sobie, no zaczną się emocje. Parę chwil później Adebayor dośrodkowuje, a Rio Ferdinand oddaje groźny strzał na własną bramkę i zmusza do sporego wysiłku Edwina Van der Sara. Minutę później mamy rzut karny, bo William Gallas postanowił sobie zagrać piłkę ręką. Cristiano Ronaldo dwa razy pokonuje bramkarza gości, bo pierwszy karny musiał powtarzać. Co prawda za dużych różnic między pierwszym, a drugim wykonaniem nie było, ale najważniejszy i tak był efekt (swoją drogą trzeba mieć nerwy, dwa razy w ten sam róg). Potem akcje z jednej i drugiej strony, aż do głupiego faulu na Evrze, tuż przed polem karnym. Wszyscy się spodziewali, że Ronaldo, a Owen Heargreaves kapitalnie uderzył i jak się okazało ustalił wynik meczu. Jens Lehmann nawet nie drgnął, a mur, zachował się tak jak każdy mur, czyli stał sobie spokojnie nie zwracając uwagi na przelatującą nad nim piłkę. Potem już do końca Arsenal atakował, czasami nawet groźnie, ale brakowało już chyba wiary i siły, żeby na poważnie spróbować wygrać ten mecz. Kilka razy robiło się bardzo gorąco pod bramką Holendra, ale to było wszystko, co mógł zwojować Arsenal.

Sezon Arsenalu właśnie się skończył. Te kilka spotkań, które pozostały do końca ligi, nie mają już praktycznie żadnego znaczenia. O dwóch pierwszych miejscach można zapomnieć (chyba że Chelsea zacznie się potykać), na piąte spaść się nie da. Nie pozostaje nic innego jak dograć sezon, przeanalizować go, wyeliminować popełnione błędy, wzmocnić skład i spróbować za rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz