czwartek, 10 kwietnia 2008

Historia się powtarza

Nie żebym narzekał, bo to w końcu kolejny dowód na to, że Premier League jest najsilniejszą ligą na świecie, ale regularne wprowadzanie trzech drużyn na etap półfinałów może doprowadzić do poważnych reform Ligi Mistrzów. Z drugiej strony awans trzech angielskich zespołów i katalońskiego rodzynka nie powinien dziwić (jak się bawiłem w typowanie przed ćwierćfinałami, to okazało się, że trafiłem wszystkie cztery mecze). Barcelona pokonała Schalke, dwa razy po 1:0, ale nie oszukujmy się, w takich meczach to nigdy nie będzie 100% potencjału. Manchester United wyeliminował Romę, już w Rzymie, co świadczy o tym, jak bardzo wzrosła siła zespołu. W rewanżu mogło się zrobić ciepło, gdyby tylko Daniele De Rossi wykorzystał rzut karny. Można powiedzieć, że sprawiedliwości stało się zadość, bo Mancini nabrał sędziego (jakoś tak karne, podyktowane i nie, prześladowały ten etap rozgrywek), ale nawet jakby Roma strzeliła bramkę, to i tak by nie awansowała. Po prostu różnica klasy była aż nadto widoczna. Chelsea także awansowała i to w bardzo spokojny sposób. Gol na początek, żeby uniknąć nerwów i gol na koniec, żeby uniknąć nerwów. Te pierwsze pojawiłyby się, gdyby turecki zespół przez dłuższy czas (powiedzmy więcej niż 30 minut) utrzymywał korzystny wynik. Te drugie spowodowane byłyby jakimiś rozpaczliwymi atakami w końcówce spotkania, bo remis dawał awans gościom. Tak się nie stało i kibice The Blues mieli w miarę spokojny wieczór.

Takiego wieczoru nie mieli na pewno kibice dwóch angielskich drużyn, które walczyły bezpośrednio ze sobą o półfinał. Wynik zaskoczył, bo zamiast remisu 1:1, było zwycięstwo 4:2. Arsenal także zaskoczył. Po pierwsze strzelił dwie bramki. Po drugie zmusił do gonienia wyniku Liverpool. Po trzecie doprowadził, w samej końcówce praktycznie, do remisu dającego awans. Wszystko to zepsuł Kolo Toure, faulując Ryana Babela. Właśnie, faulując czy nie. Sędzia się broni, mówiąc o pociągnięciu za koszulkę. Dla mnie, jeśli był faul, to zaczął się on przed polem karnym. Arsena Wenger miał sporo pretensji do arbitra, ale to on w pewien sposób zawalił ten ćwierćfinał. Nie przygotował drużyny do tego, by na własnym stadionie odniosła ona zwycięstwo, a rachunek za to został wystawiony na Anfield. Winę można zwalić na sędziów (Hleb-Kuyt w pierwszym meczu, Babel-Toure w drugim), ale to trochę nie przystoi menadżerowi takiego klubu. W końcu zawsze może się zdarzyć, że sędzia popełni błąd, a sam Francuz podejrzewam, że jest bardzo mocno sfrustrowany. Jeszcze niedawno wydawało się, że jego zespół może zdobyć nawet i poczwórną koronę. Teraz już wiemy, że nie zdobędzie żadnej, chyba że w Premier League nastąpi cud. W takich okolicznościach każdy chyba szukałby winnych wszędzie, tylko nie u siebie. Bardzo ciekawy artykuł znalazłem na Sportingo, który chyba najlepiej podsumowuje sezon Kanonierów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz