Już po raz czwarty z rzędu obrońca tytułu odpada po wyjściu z grupy, tak więc awans Arsenalu nie powinien być zaskoczeniem. Ja jednak jestem zaskoczony, bo wydawało się, że Kanonierzy ostatnio są w kryzysie, a wynik pierwszego spotkania stawiał w korzystniejszej sytuacji Włochów. Pierwsze kilkanaście minut spotkania to potwierdzało, bo Milan zaczął bardzo dobrze. Defensywa Arsenalu kilka razy się pogubiła (np. Fabregas wybijał piłkę z linii bramkowej, po strzale Maldiniego), w ofensywie Kanonierzy nie pokazywali niczego, ale ten okres słabości trwał niecałe 20 minut. Potem już Kanonierzy grali świetnie, ale przez długie momenty posiadanie piłki (w całym meczu 46-54 na korzyść gości) nie przekładało się na jakiekolwiek zagrożenie pod bramką Zeljko Kalaca. Owszem były szanse (np. Fabregas w poprzeczkę, sporna sytuacja z Hlebem na granicy pola karnego, po której Białorusin zobaczył żółtą kartkę), ale wszystko wskazywało na to, że zmierzamy do dogrywki. Milan nie atakował już tak groźnie, ale kilkanaście minut przed końcem miał szansę na objęcie prowadzenia. Wtedy tor lotu piłki, po strzale Pato, zmienił Senderos i mam wrażenie, że to mógł być gol. Zemściło się to na gospodarzach w końcówce, kiedy Fabregas strzelił kapitalną bramkę z dystansu. Błąd defensywy, właściwie pomocników, bo zostawili bez opieki zawodnika, który lubi strzelać z dystansu i to potrafi. Ogólnie cała druga linia Milanu grała słabo, a Kaká to był cień zawodnika, który niemal rok temu wyeliminował Man Utd i praktycznie sam dociągnął włoski klub do finału. Nie wiem, czy tak była budowana forma zespołu (rok temu, w tej fazie, Milan męczył się z Celtikiem), czy druga linia Arsenalu po prostu nie dała grać. Wielką pracę wykonała dwójka środkowych pomocników Kanonierów, czyli Fabregas-Flamini, swoje dołożyli Eboué i Hleb i w ten sposób gospodarze mieli kłopoty ze strzeleniem bramki. Nawet Abou Diaby, który słabo zagrał w ostatnim meczu ligowym, prezentował się korzystnie na tle Milanu. Dużo wysiłku w ten mecz włożył także Emmanuel Adebayor, który w końcu strzelił pierwszą bramkę w tej edycji UCL. Nie chciałbym kategorycznie stwierdzać, że skończyła się pewna era, czy zaczyna kolejna, ale gracze Arsenalu dostali bardzo potężne wsparcie mentalne na pozostałą część sezonu. Co prawda do zdobycia podwójnej korony, o której mówił w wywiadach bohater meczu, jeszcze daleka droga, ale potrzebne było to zwycięstwo, żeby przełamać ostatnią serię niekorzystnych wyników.
W pozostałych wczorajszych meczach niby bez niespodzianek, bo gospodarze wygrali swoje spotkania. Barcelona i Man Utd spokojnie, najskromniej jak się da, ale to wystarczyło do awansu. Sevilla też wygrała, ale to zwycięstwo ostatecznie nic nie dało, bo w karnych wygrali goście. Fenerbahçe zasłużyło na szacunek nie tylko ze względu na doprowadzenie do dogrywki i potem karnych, wygranie tych karnych, ale przede wszystkim za podjęcie walki mimo bardzo niekorzystnego wyniku. Po dziewięciu minutach było już 2:0 po dwóch błędach bramkarza i wiele drużyn nie wierzyłoby już w sukces. Gracze gości wierzyli, w czym pomogła bramka Deivida w 20 minucie. W przypadku bramek dla gospodarzy błąd popełnił bramkarz gości, Volkan Demirel, poza trzecią, gdzie był rykoszet. Natomiast w przypadku bramek dla gości, błędy popełniła cała defensywa Sevilli, bo we współczesnym futbolu, gdzie tak dużą uwagę przykłada się do stałych fragmentów gry, stracić właśnie w taki sposób obie bramki nie wypada. Rzuty karne to jak wiadomo loteria, a w nich turecki bramkarz zrehabilitował się w pełni za wcześniejsze błędy. W przypadku hiszpańskiego klubu chyba można mówić o tym, że jest to koniec pewnej epoki, bo najprawdopodobniej po sezonie większość tych wyróżniających się graczy odejdzie z klubu i Sevilla wróci do szeregu.
W pozostałych wczorajszych meczach niby bez niespodzianek, bo gospodarze wygrali swoje spotkania. Barcelona i Man Utd spokojnie, najskromniej jak się da, ale to wystarczyło do awansu. Sevilla też wygrała, ale to zwycięstwo ostatecznie nic nie dało, bo w karnych wygrali goście. Fenerbahçe zasłużyło na szacunek nie tylko ze względu na doprowadzenie do dogrywki i potem karnych, wygranie tych karnych, ale przede wszystkim za podjęcie walki mimo bardzo niekorzystnego wyniku. Po dziewięciu minutach było już 2:0 po dwóch błędach bramkarza i wiele drużyn nie wierzyłoby już w sukces. Gracze gości wierzyli, w czym pomogła bramka Deivida w 20 minucie. W przypadku bramek dla gospodarzy błąd popełnił bramkarz gości, Volkan Demirel, poza trzecią, gdzie był rykoszet. Natomiast w przypadku bramek dla gości, błędy popełniła cała defensywa Sevilli, bo we współczesnym futbolu, gdzie tak dużą uwagę przykłada się do stałych fragmentów gry, stracić właśnie w taki sposób obie bramki nie wypada. Rzuty karne to jak wiadomo loteria, a w nich turecki bramkarz zrehabilitował się w pełni za wcześniejsze błędy. W przypadku hiszpańskiego klubu chyba można mówić o tym, że jest to koniec pewnej epoki, bo najprawdopodobniej po sezonie większość tych wyróżniających się graczy odejdzie z klubu i Sevilla wróci do szeregu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz