O kolejce ligowej na razie nie piszę, chociaż tam też działo się sporo, ale nie ma porównania z tym, co działo się w FA Cup. Cztery spotkania i trzy niespodzianki, a i w czwartym wygrali goście. Jednak w tym ostatnim meczu, w którym spotkały się drużyny Bristol Rovers i West Bromwich Albion, górę wzięła przewaga wyżej grających gości, chociaż wynik 1:5 to, mimo wszystko, zaskoczenie. Kłopot polega na tym, że jeśli to uznamy za sensację (chociaż nie powinniśmy, bo to nie cupset), to wyniki pozostałych spotkań nie mieszczą się na skali. Dokonał się pogrom zespołów z Premier League, bo tylko Portsmouth awansował do półfinałów. Jak można było przeczytać na portalu BBC, to jest pierwsza sytuacja od 1908 roku, że tylko jeden zespół z najwyższej klasy rozgrywkowej awansował do tej rundy, chociaż to ustalenie nie jest pewne. Dzisiaj grał także Middlesbrough z Cardiff i przegrał, mając świadomość tego, że na drodze do triumfu w rozgrywkach nie spotka zespołów wielkiej czwórki. Walijczycy szybko objęli prowadzenie, po 23 minutach prowadzili już 2:0, co chyba tak zszokowało gospodarzy, że nie byli już w stanie nawet strzelić bramki. Nie wiem, czy wydarzenia sobotnie spętały nogi zawodnikom, czy po prostu trafił się słabszy dzień, ale jeśli nawet, to drużynie z Premier League nie wypada tak przegrywać i odpadać.
Wczoraj natomiast spełnił się sen kibiców neutralnych, którzy mają dość dominacji wielkiej czwórki we wszystkich możliwych rozgrywkach. Po zwycięstwie Evertonu w 1995, wszystkie następne finały FA Cup wygrywała wielka czwórka (cztery razy Arsenal, po trzy razy Chelsea i Manchester United oraz dwa razy Liverpool), czasami walcząc nawet między sobą w spotkaniu finałowym. Wczoraj do Arsenalu i Liverpoolu, które zostały wyeliminowane rundę wcześniej, dołączyły Czerwone Diabły i Chelsea. Spotkanie Manchesteru United odbiło się szerokim echem w Polsce, a wszystko dlatego że czerwoną kartkę zobaczył Tomasz Kuszczak. Samo spotkanie jest świetnym potwierdzeniem starej piłkarskiej prawdy, że niewykorzystane okazje się mszczą, bo tym, co zmarnowali gracze gospodarzy w tym meczu, można obdzielić kilka spotkań. Zupełną sensacją jest porażka Chelsea, która grała z Barnsley. Wydawało się, że gospodarze po wyeliminowaniu Liverpoolu, osiądą na laurach i przegrają. Zamiast tego zawodnicy The Tykes dopisali sobie pokonanie The Blues do zwycięstwa nad The Reds. Co prawda są wciąż daleko od wywalczenia samego pucharu, ale są w pewnym sensie moralnym zwycięzcą tych rozgrywek, bo w pojedynkę wyeliminowali połowę wielkiej czwórki. Jeśli Avram Grant chciał potwierdzić opinie, że nie nadaje się do prowadzenie londyńczyków, to właśnie tego dokonał. W pewnym sensie zlekceważył rywala, bo nie wystawił Franka Lamparda i Didiera Drogby. Oficjalnie z powodu kontuzji, ale jakoś nie wierzę w te zapewnienia. Kontuzja Petra Cecha była znana wcześniej i faktycznie czeski bramkarz pauzował, ale o kontuzji dwóch podstawowych, ofensywnych zawodników, przed meczem było cicho, a to jest zbyt ważne wydarzenie, żeby nie dowiedziała się o tym prasa. Wydaje się, że to była liverpoolska rotacja składem, która przyniosła wiadome skutki. Tak więc Chelsea nie obroni FA Cup, ale Grant ma wciąż szanse na zdobycie tego trofeum, którego nie wywalczył Jose Mourinho. Triumf w Lidze Mistrzów to chyba jedyna możliwość, żeby Izraelczyk zachował posadę menadżera The Blues na przyszły sezon, bo jak na razie, to zadanie go jednak przerasta.
PS Ho ho, Mirosław Ryszka w Kontrowersjach uznał, że karny prawidłowy i czerwona kartka była za surową karą (chodzi rzecz jasna o mecz United). Mam satysfakcję, bo wczoraj twierdziłem tak samo ;)
Wczoraj natomiast spełnił się sen kibiców neutralnych, którzy mają dość dominacji wielkiej czwórki we wszystkich możliwych rozgrywkach. Po zwycięstwie Evertonu w 1995, wszystkie następne finały FA Cup wygrywała wielka czwórka (cztery razy Arsenal, po trzy razy Chelsea i Manchester United oraz dwa razy Liverpool), czasami walcząc nawet między sobą w spotkaniu finałowym. Wczoraj do Arsenalu i Liverpoolu, które zostały wyeliminowane rundę wcześniej, dołączyły Czerwone Diabły i Chelsea. Spotkanie Manchesteru United odbiło się szerokim echem w Polsce, a wszystko dlatego że czerwoną kartkę zobaczył Tomasz Kuszczak. Samo spotkanie jest świetnym potwierdzeniem starej piłkarskiej prawdy, że niewykorzystane okazje się mszczą, bo tym, co zmarnowali gracze gospodarzy w tym meczu, można obdzielić kilka spotkań. Zupełną sensacją jest porażka Chelsea, która grała z Barnsley. Wydawało się, że gospodarze po wyeliminowaniu Liverpoolu, osiądą na laurach i przegrają. Zamiast tego zawodnicy The Tykes dopisali sobie pokonanie The Blues do zwycięstwa nad The Reds. Co prawda są wciąż daleko od wywalczenia samego pucharu, ale są w pewnym sensie moralnym zwycięzcą tych rozgrywek, bo w pojedynkę wyeliminowali połowę wielkiej czwórki. Jeśli Avram Grant chciał potwierdzić opinie, że nie nadaje się do prowadzenie londyńczyków, to właśnie tego dokonał. W pewnym sensie zlekceważył rywala, bo nie wystawił Franka Lamparda i Didiera Drogby. Oficjalnie z powodu kontuzji, ale jakoś nie wierzę w te zapewnienia. Kontuzja Petra Cecha była znana wcześniej i faktycznie czeski bramkarz pauzował, ale o kontuzji dwóch podstawowych, ofensywnych zawodników, przed meczem było cicho, a to jest zbyt ważne wydarzenie, żeby nie dowiedziała się o tym prasa. Wydaje się, że to była liverpoolska rotacja składem, która przyniosła wiadome skutki. Tak więc Chelsea nie obroni FA Cup, ale Grant ma wciąż szanse na zdobycie tego trofeum, którego nie wywalczył Jose Mourinho. Triumf w Lidze Mistrzów to chyba jedyna możliwość, żeby Izraelczyk zachował posadę menadżera The Blues na przyszły sezon, bo jak na razie, to zadanie go jednak przerasta.
PS Ho ho, Mirosław Ryszka w Kontrowersjach uznał, że karny prawidłowy i czerwona kartka była za surową karą (chodzi rzecz jasna o mecz United). Mam satysfakcję, bo wczoraj twierdziłem tak samo ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz