niedziela, 2 marca 2008

28 Gameweek Premier League

Na szczycie tabeli znowu Arsenal traci punkty i dystans nad goniącym Manchesterem United. Czerwone Diabły pokonały Fulham na jego boisku (i londyńczycy pomału witają się z Championship), dodatkowo Sir Alex Ferguson pokazał, na czym polega skuteczna rotacja składem. Cristiano Ronaldo i Wayne Rooney weszli w końcówce, ale nie po to, by przesądzać losy meczu, bo wynik został rozstrzygnięty już do przerwy. Nawet brak Nemanji Vidicia nie był tak odczuwalny, bo na środku obrony zastąpił go Wes Brown, a jego po prawej stronie John O'Shea. Kanonierzy w tym samym czasie podejmowali Aston Villę i strasznie się męczyli grając przeciwko dobrze zorganizowanej drużynie. Mam wrażenie, że Arsenal z początku sezonu, który kroczył praktycznie od zwycięstwa do zwycięstwa, nie miałby żadnych kłopotów z wygraniem tego meczu. Ten, który grał w sobotę, miał spore problemy, a strata gola jakby jeszcze bardziej podłamała graczy. Po kilku przyzwoitych meczach na środku defensywy, wrócił stary, dobry Phillipe Senderos, który popełnia błędy. Nie wiem czy to wpływ kontuzji, czy po prostu zawodnik, uważany swego czasu za jeden z najlepszych talentów piłkarskich na świecie, jednak nie jest tak dobry jak powinien. Tutaj nie chodzi tylko o bramkę samobójczą, bardzo ładną swoją drogą, a raczej o ciągłe problemy z upilnowaniem szybkich napastników AV, zwłaszcza Gabriela Agbonlahora, który praktycznie cały mecz był o jedno tempo przed Szwajcarem. Nie rozumiem dlaczego Arsene Wenger zdecydował się wystawić w tym spotkaniu Abou Diaby'ego, który przez godzinę nie pokazał niczego, zwłaszcza że na ławce rezerwowych siedział i marniał Gilberto Silva, z którego byłby na pewno większy pożytek na boisku. Jeśli dodamy do tego, że formę stracili Cesc Fabregas i Emmanuel Adebayor (ten drugi po zmianie fryzury), to nic dziwnego że Kanonierzy męczą się z pokonaniem drużyn, z którymi teoretycznie powinni wygrywać nie prezentując nawet całego potencjału. Nicklas Bendtner trafił do siatki w ostatniej akcji meczu, ale to tylko zaciemnia obraz, bo Arsenal jest w kryzysie. Większość zawodników prezentuje się gorzej, niż jeszcze kilka tygodni temu i pomału zaczyna się powtarzać historia z tamtego sezonu. Wtedy Arsenal, na przełomie lutego i marca, stracił szansę na wywalczenie trzech pucharów. Wydaje się że w tym roku Arsenal traci szansę na tytuł mistrzowski, bo mając przed sobą wyjazdy na Stamford Bridge i Old Trafford, nie można tracić punktów z teoretycznie słabszymi rywalami.

Teoretycznie wciąż walcząca o tytuł Chelsea zdemolowała West Ham na Upton Park. To są właśnie efekty złości zawodników po przegranym meczu w finale Carling Cup, złości też chyba skierowanej na menadżera, bo ostatnio w prasie było sporo doniesień o tym, jak Avram Grant szykował zespół do meczu z Tottenhamem, a raczej co zrobił, że go nie przyszykował. The Blues po 22 minutach prowadzili już 3:0, a dalszą kanonadę powstrzymał w pewien sposób sędzia, usuwając z boiska Franka Lamparda. Moim zdaniem arbiter popełnił błąd, bo albo powinny być dwie czerwone kartki (Boa Morte i Lampard), albo dwie żółte. Obaj zawodnicy się przepychali i obaj powinni za to zostać ukarani, a nie tylko jeden. Skoro już wspomniałem o Tottenhamie, to Spurs przegrali bardzo wyraźnie z Birmingham, bo aż 1:4. To najprawdopodobniej efekt zwycięstwa nad Chelsea i zapewnienia sobie miejsca w przyszłorocznym Pucharze UEFA. Podejrzewam, że Juande Ramos do kolejnych takich porażek już nie dopuści, bo to po prostu nie wypada. Owszem, liga nie jest priorytetem w tym momencie, bo jest nim właśnie tegoroczna edycja Pucharu UEFA, ale mimo wszystko drużyna tej klasy nie powinna tak przegrywać.

Bardzo ciekawie było też w dole tabeli, gdzie walka zaczyna się na całego. Derby zremisowało z Sunderlandem, a jedyny pozytyw z tego spotkania, to w końcu dwucyfrowy dorobek punktowy w tabeli gospodarzy tego meczu. Niesamowite, że trzeba było na to czekać aż 28 kolejek. Reading w końcu przełamało serię porażek z rzędu, wygrywając w Middlesbrough. Gospodarze są właśnie taką drużyną, nigdy nie wiadomo jaki mecz im wyjdzie. Tutaj do 90 minuty był remis, a Boro miało sporo szans na to, by otworzyć wynik spotkania. Strata bramki w końcówce może była efektem rozgrywania powtórki meczu w FA Cup, bo 120 minut w środku tygodnia musiało zostać w nogach piłkarzy, ale nawet to nie tłumaczy niewykorzystanych wszystkich szans. Początków swojej kariery w Premier League do udanych nie zaliczy na pewno Afonso Alves, który jeszcze nie strzelił gola dla nowego klubu i generalnie gra słabo. Walka w dole tabeli zapowiada się na niezwykle ciekawie, chociaż z siedmiu drużyn spadnie tylko jedna. Jeśli Newcastle będzie dalej grać tak jak dotychczas, to właśnie Sroki spadną. Ostatnie zwycięstwo tej drużyny miało miejsce 16 stycznia, nad Stoke w FA Cup. W lidze 15 grudnia w Londynie, w spotkaniu z Fulham, gdy menadżerem był jeszcze Sam Allardyce. Wydawało się, że mecz z Blackburn jest idealny do przełamania tej niefortunnej passy, ale tym razem zawiodło wykończenie stwarzanych sytuacji (tym razem to chyba złe określenie, powinnieniem raczej napisać jak zwykle, bo zespół zdobył trzy bramki w ostatnich sześciu meczach ligowych). Michael Owen w jednym z niedawnych wywiadów wspominał, że brakuje wiary we własne możliwości. Widać to było w tym meczu, bo angielski napastnik mógłby spokojnie strzelić trzy bramki, może nawet do przerwy i rozstrzygnąć wynik meczu. Brad Friedel spokojnie powstrzymał te wszystkie ataki Srok, a w końcówce gola strzelił Matt Derbyshire, który miał motywację po tym, jak został ostatnio ojcem dwójki dzieci. Tak więc Newcastle, mimo całej siły swojego składu, potencjału organizacyjnego, jest jedną nogą w walce o uratowanie ligowego bytu. Przewaga nad strefą spadkową wynosi tylko trzy punkty i trzeba w końcu zacząć wygrywać. Sam dogodny terminarz nie wystarczy do uratowania się.

Równie zacięta walka trwa o czwarte miejsce. Obie drużyny z Liverpoolu wygrały swoje mecze, nawet osiągnęły taki sam wynik. Mocniejszego rywala miał Everton, bo Portsmouth też ma ambicje, by zająć miejsce dające prawo gry w pucharach europejskich. Liverpool natomiast pojechał do Boltonu, drużyny broniącej się przed spadkiem i w miarę łatwo wygrał. Pomógł w tym Jussi Jaaskelainen, który jakoś zdołał wrzucić sobie piłkę do siatki. Błąd już w 12 minucie ustawił spotkanie, bo przed tym Bolton miał swoje szanse, a potem, mając świadomość jaki jest wynik, gra już nie układała się w taki sposób, jak powinna. Grzegorz Rasiak pojawił się na boisku w 42 minucie, zmieniając obrońcę Gretara Steinssona. Na Sky Sports jego występ oceniono na 4, z dopiskiem "no threat" (można to przetłumaczyć jako nie stworzył zagrożenia, w domyśle pod bramką rywala). To raczej dość oczywiste, bo Polak nie jest napastnikiem, który zrobi akcję z niczego, zwłaszcza grając przeciwko jednej z najlepszych defensyw w lidze. Nie wiem, czy ocena nie jest zbyt niska, bo tylko bramkarz dostał gorszą notę, a taką samą obrońca, którego zmienił Polak. Cała reszta zespołu dostała minimum pięć, a to w końcu oni w pewnym sensie zawiedli. Reakcja kibiców na forach, skrajnie negatywna, nie dziwi, bo stracili Anelkę w styczniu i nie dostali nikogo, kto mógłby go zastąpić. Dodajmy do tego opinie fanów Spurs, którzy pamiętają Rasiaka z nieudanego epizodu w ich klubie, plus całą masę "fanów" z Polski i nic dziwnego, że w Internecie Polak jest bardzo krytykowany. Gdyby zespołowi szło lepiej, to raczej nikt nie przejmowałby się Rasiakiem, niezależnie od tego czy strzelałby on bramki, czy nie. Teraz, gdy sytuacja jest podbramkowa, złość kibiców musi się na kimś koncentrować, a Polak jest wdzięcznym obiektem.

3 komentarze:

  1. Mógłbyś robić wyraźniejsze akapity i zmienić czcionkę na bezszeryfową (ew. powiększyć tą) bo ciężko się czyta dłuższy tekst sformatowany w aktualny sposób :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dodałem entery i zmieniłem na Ariala, powinno być lepiej. Dzięki za komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  3. No, i teraz to sie przyjemnie czyta :)

    OdpowiedzUsuń