czwartek, 21 lutego 2008

Wrażenia wtorkowo-środowe

Liga Mistrzów wróciła, ale praktycznie nie było żadnej niespodzianki. W kilku spotkaniach było blisko, ale jednak nic z tego nie wyszło i faworyci praktycznie już zapewnili sobie awans do następnej rundy. Liverpool pojedzie do Mediolanu z dwiema bramkami zaliczki, a Inter szanse na awans stracił w pięciu ostatnich minutach meczu na Anfield. Winą za porażkę można obarczyć Marco Materazziego, który obejrzał czerwoną kartkę po zaledwie 30 minutach i nikogo nie będzie interesować, że sędzia meczu Frank de Bleeckere, raczej zbyt pochopnie pokazał obie kartki. Od tego momentu Inter grał bardzo defensywnie, w końcówce aż za bardzo i to się musiało zemścić. Nie sądzę, że Liverpool da sobie odebrać prowadzenie, tym bardziej stracić trzy bramki we Włoszech. Może ofensywa The Reds czasami sprawia wrażenie chaotycznej, ale defensywa to światowy poziom. Remis Chelsea w Grecji z Olympiakosem zasłynął głównie z tego, że nie zagrali zdrowi John Terry i Frank Lampard (ten drugi wszedł na ostatnie minuty). Może to zwiastować nową erę w londyńskim zespole, albo nie ma to żadnego znaczenia, zwłaszcza że w niedzielę czeka finał Carling Cup, czyli Pucharu Ligi. Sam bezbramkowy remis jest dobrym rezultatem, bo u siebie Chelsea jest murowanym faworytem. Porto i Real są dalej, moim zdaniem, faworytem do awansu, bo muszą u siebie odrobić jedną bramkę strat. Schalke niby jest ciut bliżej awansu, ale w Portugalii czeka ich bardzo trudne zadanie utrzymania przewagi. Roma powinna natomiast uważać, żeby nie powtórzyła się historia z ubiegłego sezonu. Wtedy po pierwszym meczu z Man Utd było 2:1, a o tym co się stało w rewanżu lepiej nie wspominać. Skoro już wspomniałem o Czerwonych Diabłach to osiągnęli oni bardzo dobry wynik z meczu z OL. Praktycznie na 95% są już w kolejnej rundzie, bo trudno mi sobie wyobrazić, żeby Lyon zdziałał coś wielkiego w meczu na Old Trafford. W konfrontacji Arsenalu z Milanem dalej nic nie wiadomo, chociaż szanse mediolańczyków wzrosły o kilka punktów procentowych.
Na koniec dwa mecze, w których padło najwięcej bramek. Fenerbahçe trzy razy wychodziło na prowadzenie, dwa razy je traciło. Sevilla w ten sposób zrealizowała rozsądny plan minimum, czyli strzeliła bramkę na wyjeździe (dokładniej dwie) i ma do odrobienia tylko jednego gola. W tym momencie hiszpański klub jest bardzo bliski awansu, a przed Turkami bardzo trudne zadanie na Ramón Sánchez-Pizjuán. Na swoim stadionie Sevilla strzela średnio trzy bramki na mecz w UCL, traci jedną i powtórzenie takiego rezultatu zapewnia awans. Natomiast w ostatnim meczu, którym uraczyła nas telewizja publiczna, było starcie Celtic-Barcelona. Szanse Szkotów, a przy okazji szanse na to, że doczekamy się polskiego bohatera w UCL, zmalały niemal do zera. Zaczęło się dobrze, od prowadzenia po błędzie, wyglądającej na rozkojarzoną, obrony Barcelony, ale nadzieje na korzystny wynik umarły po dwóch minutach. Potem jeszcze raz gospodarze wyszli na prowadzenie (swoją drogą bardzo dobra skuteczność, trzy strzały w światło bramki, dwa gole) i tym razem radość trwała czternaście minut gry, plus przerwa. Potem Barcelona wbiła dwie bramki i skończyła się bajka o sprawieniu niespodzianki. Swój udział miała w tym defensywa szkockiego zespołu, ale nie należy zapominać, że presja ze strony Barcelony wymuszała błędy. Rewanż wydaje się być formalnością, chociaż Celtic osiągał już na stadionie Barcelony dobre wyniki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz