niedziela, 24 lutego 2008

Tottenham z Carling Cap

Szczere mówiąc to był trochę dziwny finał. Akcji czy groźnych strzałów niewiele, a emocji sporo. Tottenham dobrze zaczął, przez pierwsze kilkanaście minut stworzył spore zagrożenie pod bramką Chelsea, a Pascal Chimbonda trafił nawet w poprzeczkę. Potem The Blues uspokoili grę i zaczęli atakować. Początkowo nic nie wychodziło z tego, poza rzutami wolnymi. Rzuty wolne też początkowo nie wychodziły, aż wreszcie trafił w bramkę Didier Drogba. Powiedziałbym że błąd popełniło dwóch graczy Spurs w tym momencie. Paul Robinson spodziewał się raczej strzału nad murem, a Robbie Keane zamiast stać i zablokować piłkę, przesunął się do środka. Piłka, po strzale Drogby, poleciała właśnie tam, gdzie stał chwilę wcześniej napastnik Tottenhamu. Tak więc Chelsea prowadziła, jedną bramką i spodziewałem się, że w drugiej połowie The Blues zaprezentują to, z czego słynęli pod wodzą Jose Mourinho, czyli do bólu skuteczną obronę takiego rezultatu. Do 69 minuty tak to właśnie wyglądało, ataki Tottenhamu rozbijały się na defensywnej ścianie i nic nie wskazywało na to, że wynik się zmieni. Pomógł Wayne Bridge, który postanowił poodbijać piłkę ręką w polu karnym. Rzut karny wykorzystał Dimitar Berbatov i na boisku znowu zaczął dominować Tottenham. Petr Čech popisał się umiejętnościami, zwłaszcza wtedy, kiedy Didier Zokora nie został złapany na spalonym i dwa razy próbował pokonać bramkarza rywali. Chelsea jakoś dociągnęła ten rezultat do końca regulaminowego czasu gry i mieliśmy dogrywkę. W niej, na samym początku, spory błąd popełnił właśnie Čech i Jonathan Woodgate zdobył bramkę. Nie wiem, czy to nie był skutek urazu, bo strzał Zokory został obroniony twarzą i w przerwie dużo uwagi czeskiemu bramkarzowi poświęcił lekarz. Chelsea rzuciła się do ataków, ale jakoś tak nieporadnie, do przerwy w dogrywce nie stwarzając poważniejszego zagrożenia. Po przerwie już było inaczej, The Blues rzucili wszystko do ataku, Spurs wszystko do obrony i swoje pięć minut miał Robinson, w pełni rehabilitując się za wcześniejszy błąd (rzecz jasna jeśli uznamy zachowanie przy golu Chelsea za błąd). Mecz zakończył się małą kontrowersją, sędzia odgwizdał koniec spotkania w momencie, gdy Chelsea przeprowadzała groźny atak, zakończony strzałem w słupek. Doliczony czas gry już się dawno skończył, ale gracze Spurs kradli go na potęgę przez całą dogrywkę. Zawsze w takim momencie jest kontrowersja, bo teoretycznie takie ostatnie akcje się pozwala dograć. Z drugiej strony Tottenham był lepszy w tym meczu i ewentualne trafienie w takiej akcji byłoby dość niesprawiedliwe.
Jak już opadły emocje można na spokojnie zastanowić się i porównać, przede wszystkim menadżerów zespołów. Juande Ramos potwierdził opinię specjalisty od pucharów. Szóste zwycięstwo w finale, zero porażek, pięć triumfów jeszcze w Hiszpanii, szóste już w Anglii. Pierwszy puchar dla Tottenhamu od 1999, kiedy było zwycięstwo nad Leicester w tych samych rozgrywkach. Hiszpan zdobył serca kibiców, bo nie dość że wygrał finał, to jeszcze pokonał Chelsea. Na lata może zostać w Tottenhamie i nikt nie będzie narzekał. Z drugiej strony był Avram Grant, który chyba się przed finałem lekko pogubił. Najpierw dziwna sprawa z Lampardem i Terrym. Mieli nie zagrać w finale, były nerwowe reakcje na forach i wypowiedzi w prasie, a trener milczał. Obaj zagrali, ale nie wiem, czy czasem ta sprawa nie wpłynęła na ich postawę w tym spotkaniu. Druga sprawa to zmiany. Do tych przeprowadzanych przez Ramosa nie ma się jak przyczepić. Do tych, które przeprowadzał Grant można mieć zastrzeżenia. Pierwsza nastąpiła zaraz po stracie bramki, ale była gotowa wcześniej. Zmiana Salomon Kalou za SWP da się jeszcze wybronić, bo Anglik nie grał wielkiego meczu. Tylko że bardziej spodziewałbym się zobaczyć Joe Cole'a, który potrafi bardzo namieszać z przodu. Druga zmiana, w 88 minucie, już chyba z myślą o dogrywce. Zszedł Michael Essien, wszedł drugi Michael, Ballack i tej zmiany nie rozumiem. Essien wykonuje gigantyczną pracę w środkowej strefie boiska, dobrze uzupełnia się z Lampardem. Ballack też jest środkowym pomocnikiem, ale grającym bardzo podobnie jak Lampard. Znów mógł wejść Cole, który się rozgrzewał cały mecz, ale nie. Niemiec nic nie pokazał, nie wiem co menadżer Chelsea chciał osiągnąć tym manewrem taktycznym. Joe Cole w końcu zagrał, ale pojawił się dopiero w 98 minucie i nie miał już czasu, żeby zmienić obraz gry w dużym stopniu. Podsumowując, Chelsea piłkarsko wydawała się lepsza przed spotkaniem, ale przegrała. Prawdopodobnie z tego powodu, że przeciwnik miał lepszego menadżera. Wątpię że z Mourinho za sterem, Chelsea by ten finał przegrała.

PS Ciekawe czy Chimbonda dostał medal. Jak został zmieniony nie był tym faktem zachwycony, zszedł z boiska przechodząc kilka metrów od swojego zmiennika i od razu udał się do szatni. Francuz miał zostać sprzedany zimą, nie doszło do tego, ale po takim zachowaniu jakoś nie widzę dalszej kariery Chimbondy w Spurs.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz