Jeszcze trzy mecz pozostały do rozegrania, ale po tym co się dzisiaj stało trudno mi się uspokoić. Chodzi rzecz jasna o mecz Birmingham-Arsenal, a dokładniej o zdarzenie z trzeciej minuty. Wydawało się akcja jakich wiele w każdym meczu, podanie, spóźniony obrońca, wejście w nogi, faul. Rzadko coś takiego prowadzi do kontuzji, jeszcze rzadziej do tak poważnego urazu jakiego doznał dzisiaj Eduardo da Silva. Konsekwencje faulu były okropne, co było widać zarówno po reakcji zawodników, jak i realizatora transmisji, który nie pokazał żadnej wyraźnej powtórki całego zdarzenia. Nie dziwię się, bo zdjęcia które można znaleźć w Internecie szokują. To jest uraz, który zagraża dalszej karierze zawodnika, nie mówiąc o zdrowiu. Sama akcja lekarza na płycie boiska trwała ponad siedem minut, a Chorwat od razu trafił do szpitala. Wątpliwości pojawiają się później, przy ocenianiu całego starcia. Moim zdaniem to była sytuacja pół na pół, jeśli chodzi o czerwoną kartkę. To był wybór sędziego którą kartkę pokazać, tylko że decyzja została podjęta raczej po zobaczeniu skutków wejścia, co nie powinno mieć miejsca. Nawet uznając, że czerwona kartka była odpowiednią karą, nie można się zgodzić na nazywanie tego wejścia bandyckim, czy proponować wykluczenie Martina Taylora z piłki nożnej. To nie było złośliwe wejście, przeprowadzone z myślą o wyrządzeniu krzywdy przeciwnikowi. Po prostu obrońca gospodarzy był spóźniony o jedno tempo, co wystarczyło do tego, żeby zamiast w piłkę trafić w nogę Eduardo. Wydaje mi się, że czerwona kartka to wystarczająca kara i Taylor nie będzie karany dalej. W poprzednim sezonie, po starciu Hunt-Ĉech, ten pierwszy nie został ukarany za cały incydent, mimo że konsekwencja dla zdrowia czeskiego bramkarza były o wiele poważniejsze. Wypadałoby pozostać konsekwentnym.
Sam mecz zakończył się sensacyjnym wynikiem, bo remis oznacza stratę dwóch punktów przez Arsenal. Ostatnie dni są w ogóle bardzo pechowe dla Kanonierów. Najpierw porażka 0:4 na Old Trafford w FA Cup, uraz złapał Kolo Touré, a na koniec kontuzja Eduardo i ten remis. Od trzeciej minuty Arsenal miał przewagę jednego zawodnika, ale widać było że kontuzja chorwackiego napastnika wybiła z rytmu graczy gości. James McFadden popisał się fantastycznym uderzeniem z rzutu wolnego i do przerwy wynik był sensacyjny. Po przerwie świetnie zagrał Theo Walcott, pięć minut, dwie bramki, pierwsze w Premier League. Arsenal zaczął pilnować wyniku, tylko że nie zdecydował się na dobicie rywala kolejną bramką. Zemściło się to w przedostatniej akcji meczu. Gaël Clichy wyłączył na chwilę myślenie, sfaulował w polu karnym Stuarta Parnaby'ego, w stosunkowo niegroźnej sytuacji, więc ostatnią akcją meczu był rzut karny. Znów McFadden i znów Manuel Almunia bez szans. Tak więc dwa punkty zostają w Birmingham, a Manchester United zniwelował straty do trzech punktów. Wydawało się, że to będzie trudne spotkanie dla Czerwonych Diabłów, bo wyjazdy do Newcastle oznaczały w poprzednim sezonie stratę punktów przez czołówkę. Dzisiaj różnica między zespołami była niewielka, bo goście grali jak marzenie, a gospodarze marzyli o graniu. Mówiąc już poważnie, to różnica poziomu między zespołami była bardzo widoczna i zastanawiam się tylko, co chcą osiągnąć Sroki w tym sezonie. Na razie przejęli od Derby wysokie porażki (0:6, 1:5, 1:4) i dość zdecydowanie zmierzają w stronę strefy spadkowej. To było dziesiąte spotkanie bez zwycięstwa, a zdobyte w tym czasie trzy punkty nie są powodem do radości. Najwyższy czas wygrać jakiś mecz, bo w przeciwnym wypadku możemy się doczekać kolejnej zmiany szkoleniowca w klubie.
Odbyły się także dwa ważne spotkania dla układu dołów tabeli. Wigan uporało się z Derby, chociaż na pierwszą bramkę kibice czekali godzinę. Wydarzeniem był powrót byłego szkoleniowca gospodarzy na JJB Stadium. Paul Jewell nie był jednak zadowolony po meczu i to nie tylko ze względu na wynik. Jestem zawstydzony tym, jak gramy. Rozumiem że można przegrać, ale przegrywanie w taki sposób jest nie do przyjęcia. Niektórzy zawodnicy nie są warci tego, by być tutaj i im szybciej się ich pozbędziemy, tym lepiej (za BBC). Ostre słowa? Może i tak, ale Derby ma serię 21 spotkań bez zwycięstwa, a zgromadzenie do tej pory zaledwie dziewięciu punktów jasno pokazuje, że to nie była drużyna gotowa na Premier League. Drugie spotkanie to derby Londynu między Fulham a West Hamem. To była teoretycznie jedna z tych łatwiejszych przeszkód na drodze do pozostania w lidze na przyszły sezon. Zamiast zwycięstwa była jednak porażka i sytuacja Fulham zaczyna robić się pomału beznadziejna. The Cottagers coraz bardziej zagrzebują się w strefie spadkowej, a czas ucieka. Skoro nie można pokonać drużyny, która teoretycznie o nic nie walczy, to jak pokonać te, którym jeszcze będzie zależeć na punktach? Jakoś ten spadek Fulham robi się coraz wyraźniejszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz