poniedziałek, 9 kwietnia 2012

32 Gameweek Premier League


Przyspieszyliśmy i gramy bardzo często. Następna kolejka zaczyna się już dzisiaj, ale w tej zakończonej dostaliśmy znów kilka odpowiedzi. Co prawda nie znamy jeszcze dwójki pozostałych spadkowiczów (bo Wolves już spadli i cud się nie zdarzy), ale wiemy, kto zostanie mistrzem Anglii. Osiem punktów przewagi na sześć spotkań przed końcem to za dużo, żeby Manchester City odrobił tę stratę i dogonił sąsiada w tabeli. 


Sąsiada, który ma bardzo dużo szczęścia do decyzji arbitrów. W meczu z Fulham brak ewidentnego karnego dla gości. Karnego, który miał duże szanse na zmianę wyniku. W końcu tamten mecz zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Czerwonych Diabłów. Mecz z QPR ma natomiast innego bohatera. Nie wiem jakim cudem arbiter liniowy nie dostrzegł, że Ashley Young był na spalonym. Przecież to wręcz podręcznikowy przykład na to, jak rozpoznać ofsajd na boisku. Rzut karny to inna historia, bo jedyną ‘nagrodą’ powinna być żółta kartka dla napastnika, bo za takie coś nie można dyktować jedenastek. Kontakt był minimalny, a Young upadł tak, jakby potrącił go samochód. Tak więc powinna być żółta kartka dla gracza Manchesteru i rzut wolny dla QPR, a mieliśmy czerwoną kartkę dla gracza gości i rzut karny. Czytam co prawda wypowiedzi w pewien sposób broniące sędziego, bo Manchester i tak był lepszy. Zgoda, był. To jednak nie powinno zmieniać oceny tego zdarzenia. Na boisku liczy się tylko to, ile razy trafisz do siatki i nic innego. Arbiter nie powinien w tym pomagać, a w tym meczu pomógł. Grając 75 minut w 10 trudno liczyć na punkty na Old Trafford. 

Walka o tytuł jest jednak za nami, bo Manchester City przegrał na Emirates. Coś chyba pękło w szatni Citizens i to widać na boisku. Czym innym jest zmęczenie sezonem, bo myślę, że zawodnicy z kontynentu mogą je odczuwać. W końcu w Anglii najważniejsze jest mieć formę w marcu i kwietniu, a nie jesienią. Sezon zaczął się osiem miesięcy temu tak właściwie i od tego czasu co kolejkę trzeba pokazywać, że jest się lepszym. Jednak Mario Balotelli to inna historia. W nogach poziom światowy, w głowie podwórkowy tak właściwie. Dlatego Włoch nie jest jeszcze tym najlepszym piłkarzem, bo talent ma, ale brakuje mu pewnego ukierunkowania co powinien robić, a czego nie. Potrzebny byłby autorytet, który dotrze do Mario, ale nie wiem, czy ktoś taki istnieje na tym świecie. To zawsze smutne, jak ktoś rozmienia swój talent, a tutaj chyba widzimy tego początki. Jak mu nie idzie na boisku, to pojawia się złość. Jak jest złość, to i są głupie faule. Głupie, gdyż nie dające drużynie niczego w zamian. W meczu z Arsenalem Włoch mógłby się cieszyć, że dograł do przerwy. Kilka wejść takich, że na pomarańczową kartkę. Pod koniec Włoch doczekał się tej czerwonej, ale przede wszystkim nie pomógł zespołowi. Arsenal prezentował się dużo dojrzalej, dużo lepiej, a Robin Van Persie miał dużego pecha, że nie zdobył bramki. No ale jak kolega z drużyny blokuje jego strzał z kilku metrów, to nic dziwnego. Kanonierzy wciąż tracą 10 punktów do Manchesteru City i wydaje mi się, że Roberto Mancini pozbiera swoich graczy na tyle, że dowiozą oni to drugie miejsce. 

Do walki o miejsce dające prawo gry w Lidze Mistrzów zerwała się Chelsea, ale myślę, że ten zryw nie potrwa długo. Dwa gole ze spalonego w meczu z Wigan budzą zdziwienie. Jak arbiter mógł tego nie dostrzec? Przecież to wręcz niemożliwe. Już dziś Chelsea zagra z Fulham, a potem od 15 do 29 kwietnia zagra pięć razy. Pierwsze cztery mecze co trzy dni. Dlatego nie spieszyłbym się z przyznawaniem londyńskiemu zespołowi miejsca w pierwszej czwórce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz