czwartek, 1 maja 2008

Czerwono-niebieski finał

Udało się, ostatni pojedynek tej edycji Champions League będzie meczem dwóch angielskich drużyn. Przynajmniej przez sezon wszyscy krytycy Premier League nie będą mieć bardzo poważnego argumentu odnoszącego się do zwycięstwa w UCL. To naprawdę, bardzo miła chwila dla wszystkich kibiców wyspiarskiego futbolu.

Pierwszy wywalczył awans Manchester United. Starcie dwóch, niezwykle ofensywnych drużyn, zdominowała defensywa. Tylko jedna bramka przez 180 minut, która i tak została podarowana w prezencie. Gianluca Zambrotta tak nieszczęśliwie wybijał piłkę, że trafiła ona pod nogi zawodnika, któremu chyba najbardziej zależało na występie w Moskwie. Paul Scholes nie grał w tym pamiętnym finale w Barcelonie dziewięć lat temu, a teraz jego bramka dała awans do Moskwy. Anglik uderzył perfekcyjnie, nie dał żadnych szans bramkarzowi gości, no a potem znów do głosu doszła defensywa. To było spore ryzyko, oddać gościom inicjatywę, a samemu schować się za defensywą, ale udało się. Barcelona, mimo tego całego potencjału ofensywnego, nie potrafiła przedrzeć się i poważniej zagrozić bramce Edwina van der Sara. Po meczu każdy może się wymądrzać, ale widać było już w pierwszej połowie, że taki skład nie doprowadzi katalońskiego klubu do finału. Frank Rijkaard zostawił na ławce tych zawodników, którzy mogliby dużo lepiej wesprzeć samotnego momentami Lionela Messiego. Thierry Henry wszedł po godzinie gry, Eidur Gudjohnsen zaledwie w końcówce, jeden i drugi nie miał za bardzo kiedy pokazać, że potrafi grać przeciwko Czerwonym Diabłom. Sam Messi nie wystarczy do tego, by pokonać takiego rywala. Mecz mógł się ułożyć inaczej, na samym początku, w pierwszej minucie, Scholes sfaulował Messiego tuż przed polem karnym, dosłownie centymetry przed linią. Gdyby wtedy Barca objęła prowadzenie, grałoby jej się łatwiej. Gdyby utrzymała bezbramkowy remis do przerwy, także grałoby się łatwiej. Po prostu gospodarze musieliby zaatakować, co od razu stworzyłoby miejsce dla ofensywnych graczy katalońskiego klubu. Tak się jednak nie stało i Barca odpadła.

Natomiast drugi półfinał, o to było coś. Pięciu bramek w tym meczu chyba nikt się nie spodziewał, bo oba zespoły słyną głównie z dobrej gry defensywnej. Chelsea w końcu osiągnęła finał, który zostanie rozegrany w Moskwie, miejscu szczególnym dla Romana Abramowicza, właściciela Chelsea. Sam mecz był niezwykły, rozgrywany w niezwykle wysokim tempie. Skurcze złapały nawet Stevena Gerrarda, aż strach pomyśleć co by się działo z polskimi piłkarzami. Sam awans do finału jest sukcesem Avrama Granta. Sukcesem szczególnym, gdyż osiągniętym w Dniu Pamięci Ofiar Holokaustu. Izraelski trener w tym momencie udowodnił, że jest lepszy niż Mourinho. Nazywanie go Pan Nikt w momencie, gdy osiągnął największy sukces, jest piramidalną bzdurą. Rozumiem, że może nie przekonywać do siebie, zwłaszcza jeśli pamięta się zachowanie jego poprzednika, ale nie doceniać jego sukcesów? W Premier League Chelsea po raz ostatni przegrała w grudniu, w UCL jest w finale. To są fantastyczne osiągnięcia, zwłaszcza jak się porówna to z opiniami zaraz po zwolnieniu Portugalczyka. Ja się pomyliłem, twierdząc że The Blues będą walczyć o czwarte miejsce w lidze. Nie chcę wnikać za co faktycznie jest odpowiedzialny Grant w klubie, ale to on bierze na siebie wszelkie porażki. Podobnie wszelkie sukcesy, to też jego zasługa.

Osobna kwestia to Frank Lampard. Wystąpił w tym spotkaniu, mimo że gdyby nie chciał, to nikt nie miałby do niego pretensji. Jak zawsze wykonał sporą pracę w środku boiska i podszedł do tego rzutu karnego. O ważności tego karnego nie ma nawet co pisać. Lampard poradził sobie znakomicie z presją, emocjami i perfekcyjnie pokonał Josę Reinę. Chyba zawodnicy Chelsea, po porażce w karnych na początku sezonu, wyćwiczyli wykonywanie rzutów karnych. Potem dedykowanie bramki swojej niedawno zmarłej matce, pokazanie Franka Lamparda seniora, ojca zawodnika, na trybunach. Jego syn udowodnił, że ma odwagę, by sprostać takiemu wyzwaniu.

Tak więc finał odbędzie się 21 maja. Naprzeciw siebie staną dwa zespoły, które już rok temu miały spotkać się w tym ostatnim meczu sezonu. Wtedy musiały zadowolić się finałem FA Cup, teraz będzie walka o to najbardziej prestiżowe trofeum. Sztuczna murawa, ponad osiemdziesiąt tysięcy widzów na trybunach i miejmy nadzieję że wielkie emocje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz