czwartek, 13 marca 2008

29 Gameweek Premier League

Trochę nietypowy, bo rozgrywany na raty, ale za to z kilkoma ciekawymi wynikami. Przede wszystkim Arsenal chyba nie chce wygrać mistrzostwa. Od spotkania z Manchesterem United w FA Cup, zakończonym wynikiem 0:4, Kanonierzy wygrali tylko jedno spotkanie, z Milanem w UCL. Możemy uznać że to sukces (mimo tego że obrońca trofeum ostatnio zawsze odpada w tym momencie), ale nie może on zasłonić tego, co dzieje się w lidze. Trzy mecze, trzy remisy, sześć straconych punktów. Przewagi nad Czerwonymi Diabłami już nie ma, a pierwsze miejsce w tabeli wynika tylko z tego, że Arsenal rozegrał jedno spotkanie więcej. Francuski menadżer po spotkaniu z Wigan najwięcej pretensji miał do stanu murawy, ale nie można zwalić całej winy za słabe wyniki na boisko. Chyba niektórzy zawodnicy przestali wierzyć w możliwość pokonania Man Utd w lidze, co niemal automatycznie przełożyło się na słabszą grę. Mimo całej plejady znakomitych zawodników, w drużynie brakuje kogoś takiego jak Cristiano Ronaldo. Portugalczyk potrafi przesądzić losy meczu jedną akcją, natomiast w Arsenalu takiego gracza nie ma. Owszem jest Cesc Fabregas, który w meczu z Milanem zapewnił awans, ale w lidze Hiszpan ostatnio gra dość słabo jak na jego możliwości. Listopadowa kontuzja pozostawiła wyraźne ślady, bo od tego czasu Fabregas zdobył tylko jednego gola i po prostu gra słabiej. Wiem, powtarzam się, ale Arsenal popadł z jednej skrajności w drugą. W tamtym sezonie podkreślano Henry-dépendance, czyli skrajne wręcz uzależnienie od formy najlepszego napastnika. Wenger rozwiązał to, sprzedając swojego rodaka do Barcelony, ale pojawiła się, niemal od razu, Cesc-dépendance. Klubowi to nie pomoże, chyba że Hiszpan wróci do tego poziomu, jaki prezentował na samym początku rozgrywek.

Nieco w cieniu tej rywalizacji toczy się też pasjonujący pojedynek o czwarte miejsce w lidze. Liverpool i Everton odstawiły już konkurencję i między sobą rozstrzygną miejsca 4-5. Większe szanse mają The Reds, przede wszystkim dlatego, że Rafa Benitez złagodził nieco politykę rotacyjną (i od razu są zwycięstwa), a spotkanie derbowe zagrają na swoim stadionie. Everton będzie się starał, ale raczej nie zajmie tego upragnionego czwartego miejsca, bo jest za słaby, chociaż dziwnie to brzmi, jeśli w taki sposób mówi się o drużynie, która w innych ligach, mając taki skład, spokojnie wywalczyłaby awans do UCL. Przepaść między najlepszymi drużynami zaliczanymi do Wielkiej Czwórki, a tymi, które można włączyć do grona Małej Szóstki (Aston Villa, Everton, Tottenham, Portsmouth, Man City i ahem, Newcastle) powiększa się bardzo szybko i za kilka sezonów nic nie będzie w stanie jej zasypać. To może mieć negatywne konsekwencje dla całej ligi, ale to już scenariusze na kilka najbliższych sezonów, a nie na teraz.

Równie pasjonujące zmagania są w dole tabeli, gdzie niby jest jeszcze tylko półtora miejsca na podium, a drużyn walczących jest aż osiem i pół. To pół na pół psujące wyliczenia to drużyna Fulham, która przypomina mi West Ham z poprzedniego sezonu. Byłem przekonany i wiele razy twierdziłem, że Młoty spadną wtedy z ligi, bo strata do bezpiecznego miejsca była spora, a reszta drużyn wyglądała solidniej. Skończyło się tym, że spadł ktoś inny, a West Ham został w Premier League. Z Fulham jest podobnie, chociaż trudno w składzie znaleźć tam Teveza, ale drużyna nie podda się walki. Wyjazdowe spotkanie z Blackburn, zakończone remisem po bramce w końcówce pokazuje, że londyńczycy nie zrezygnują. To czy im się uda, to inna kwestia. Z całego grona zespołów wciąż wiszących o włos nad strefą spadkową (13 drużynę od 18 dzielą zaledwie trzy punkty) najgorzej wygląda Bolton. Musi grać jeszcze w pucharach europejskich (na szczęście dzisiaj odpadnie), a przed nim same trudne spotkania. Następne spotkanie, z Wigan na wyjeździe, urasta do rangi meczu nie o sześć, a o osiemnaście punktów, bo przy tak wyrównanej stawce każda pomyłka może mieć opłakane skutki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz