niedziela, 10 lutego 2008

Dzień Arsenalu

Dwa wielkie mecze dzisiaj, cztery dobre drużyny i jeden zwycięzca, który swój mecz rozegra dopiero jutro. To właśnie Kanonierzy wyszli najlepiej na dzisiejszych wynikach, bo główni rywale w walce o tytuł pogubili punkty. Pierwszym spotkaniem były derby Manchesteru, podczas których uczczono pamięć ofiar katastrofy w Monachium 50 lat temu. Pisałem wczoraj, że faworyt tego meczu jest jeden, ale on zawiódł. Słabszą grę w poprzednim meczu, z Tottenhamem, zwaliłem na dobrą grę gospodarzy. Słabszą grę w tym meczu trudno wytłumaczyć. Carlos Queiroz winy upatruje w spotkaniach międzynarodowych, ale to raczej szukanie usprawiedliwienia na siłę, bo to w końcu drugie spotkanie gdzie United grają po prostu słabo. Oprócz fragmentu na początku meczu, trwającego jeśli dobrze pamiętam około 15 minut, gospodarze nie potrafili zagrozić fenomenalnie grającej defensywie gości. Citizens przekonali się, że wilk nie jest taki straszny jak go malują i zaczęli kontrować. Jedna z tych kontr przyniosła powodzenie w 25 minucie, a przy tej akcji na naganę zasługuje defensywa Czerwonych Diabłów. Najpierw kontrę mógł przerwać Wes Brown, potem strzelał Stephen Ireland, a następnie dwa razy próbował Darius Vassell, Nic dziwnego że udało się zdobyć gola, skoro próbuje się trzy razy, a obrońcy rywala nie kwapią się za bardzo do przeszkadzania. Potem do ataku ruszył Manchester United, ale strasznie niemrawo. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni drużyna United grała tak niedokładnie, chaotycznie i bez pomysłu w ataku. Jeśli dodamy do tego fantastyczną grę całego zespołu Man City w obronie, to nic dziwnego że gospodarze nie potrafili strzelić gola. Zawiódł Cristiano Ronaldo, który przez cały mecz miał kłopoty z celnym podawaniem, jego strzały były blokowane, a rajdy były z reguły wpadały na ścianę z obrońców. Cała reszta graczy ofensywnych też zawiodła. Najlepiej wypadł chyba Ryan Giggs, ale to i tak daleko od jakiegoś dobrego poziomu. Paul Scholes praktycznie niewidoczny cały mecz, aż do asysty przy bramce honorowej. Lepiej wyglądał Anderson, ale naprawdę niewiele. Nani i Tevez stworzyli znakomitą parę jeźdźców bez głowy, bo to że potrafią biegać, to pokazali. Gorzej szło z grą, a już przebicie się przez obronę gości to wręcz Himalaje bez maski tlenowej. Nic dziwnego, że na bramkę fani United czekali aż do doliczonego czasu gry i ten gol był tylko trafieniem honorowym, bo wcześniej półtorej asysty zaliczył Martin Petrov, a pierwszego gola dla swojego nowego klubu zdobył Benjani Mwaruwari, w swoim debiucie. City w ten sposób zaliczyło dublet nad swoim rywalem, po raz pierwszy od sezonu 1969/70.
Drugi mecz rozczarował. Chelsea z Liverpoolem przede wszystkim myślała o obronie, a ponieważ defensywa obu zespołów zalicza się do najlepszych na świecie, oglądaliśmy znakomite szachy. Najbardziej ekscytujący moment to chyba zdarzenie, w którym sędzia Mike Riley upadł na boisko. Chelsea bez Drogby, Liverpool bez Torresa i od razu są kłopoty ze skonstruowaniem jakiejś składnej akcji ofensywnej. Chelsea miała pecha, bo po starciu Javiera Mascherano z Joe Colem powinna dostać rzut karny, ale to można uznać za sprawiedliwość po niesłusznym karnym z pierwszego spotkania. Tak właściwie trudno napisać coś więcej o tym spotkaniu, bo jeśli to ma być reklama Premier League, to wyjątkowo skutecznie może ona odstraszyć nawet największych fanatyków.
Wracając do tematu, dzisiaj zagrano dla Arsenalu. Jeśli Kanonierzy wygrają z Blackburn, to będą mieć pięć punktów przewagi nad Man Utd i osiem nad Chelsea. To już naprawdę spory dystans, biorąc pod uwagę klasę zespołów z czołówki. Przede wszystkim nie będzie tej psychologicznej przewagi wynikającej z konieczności rozegrania rewanżu na Old Trafford, a cała sytuacja zaczyna coraz mocniej przypominać poprzedni sezon, tylko że teraz to Czerwone Diabły gonią, a nie uciekają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz