czwartek, 31 stycznia 2008

24 Gameweek Premier League

To dość niezwykła kolejka, bo zaczęła się w sobotę, a skończyła się dopiero wczoraj. Właściwie nie było większych niespodzianek, bo trójka liderów wygrała swoje spotkania. Nawet porażka Liverpoolu nie powinna dziwić, bo The Reds ostatnie spotkanie w lidze wygrali 26 grudnia, a potem już tylko remisowali. Całe to zamieszanie z właścicielami, kłopotami z refinansowaniem kredytu czy nieporozumieniami na linii zarząd-menadżer musiało odbić się w jakiś sposób na zespole, bo trudno znaleźć inne wyjaśnienie takiego kryzysu. Piszę kryzysu, bo drużyna takiego kalibru nie może zdobywać czterech punktów na piętnaście możliwych. Plany mistrzowskie trzeba odłożyć zdecydowanie na przyszły sezon, a teraz skoncentrować się na walce o czwarte miejsce w lidze. Co prawda The Reds wciąż mają mecz zaległy w zapasie, a siłą składu przewyższają rywali, ale trzeba w końcu zacząć wygrywać regularnie. Najgroźniejsi w tym momencie rywale Liverpoolu remisowali, ale dalsze porażki to będzie igranie z ogniem. W końcu małe mistrzostwo Anglii ma dużo większe znaczenie dla tych drużyn, które teraz są na miejscach 4-6, więc do końca sezonu mogą grać na dodatkowej motywacji i sporo dzięki temu zyskać.
Na uwagę zasługuje także remis w meczu Derby - Man City. Goście strzelili bramkę, co w tej kolejce udało się jeszcze tylko drużynie Blackburn. To jednak nie wystarczyło, żeby wywieźć trzy punkty z Pride Park. Ten remis jest dość pechowy, bo po meczu menadżer gospodarzy powiedział walczyliśmy jak tygrysy, a menadżer gości narzekał, że w tylko w pierwszej połowie jego zespół miał trzy albo cztery dobre okazje do strzelenia gola, a gol dla gospodarzy nie padł nawet po bramkowej akcji. Może to za daleko idący wniosek, ale wydaje się, że efekt nowości związany ze zmianą szkoleniowca minął. Man City ostatnio gra słabo w lidze (jedno zwycięstwo w siedmiu ostatnich meczach), po drodze przytrafiła się słynna balonikowa porażka w FA Cup i zespół pomału wraca chyba na swoje miejsce. Zobaczymy, czy Sven-Göran Eriksson jest w stanie utrzymać zespół tak wysoko w tabeli i może włączyć się do walki o czwarte miejsce. W końcu trudno w tak silnej lidze jak angielska Premier League zanotować awans o dziesięć miejsc w tabeli na koniec sezonu.
Skoro już wspomniałem o FA Cup, to w piątej rundzie będzie hit, śmiało aspirujący do miana przedwczesnego finału. Spotkanie Manchesteru United z Arsenalem może dostarczyć naprawdę niesamowitych emocji i tylko szkoda, że jedna z tych drużyn będzie musiała odpaść już teraz. Liverpool i Chelsea trafiły bardzo dobrze w losowaniu, bo Barnsley i Huddersfield Town to nie są przeciwnicy, którzy mogliby sprawić poważniejsze kłopoty. Spotkania są zaplanowane na 16-17 lutego, a więc to już niedługo.

W League One Walsall przedłużyło passę spotkań bez porażki do 17, ale bezbramkowy remis z Leyton Orient to jednak rozczarowanie. Co prawda rywale także walczą o miejsca barażowe, ale takie mecze trzeba rozstrzygać na swoją korzyść. Małą liczbę kibiców na trybunach (ok. 4600) skrytykował menadżer klubu Richard Money, twierdząc, że utrzymywanie się takiego trendu będzie miało poważne reperkusje finansowe dla klubu. Moim zdaniem świadczy to tylko o tym, że z kwoty transferowej za Daniela Foxa menadżer nie dostał za wiele, może nawet niczego na zakup nowych graczy. Pozostaje więc wzmacnianie składu graczami wypożyczonymi, albo takimi, którzy są bez klubu. W ten sposób trudno zbudować silny skład, którzy będzie przyciągał kibiców i kółko się zamyka. Jeśli można pomarzyć, to mógłby się trafić jakiś bogaty Amerykanin, albo jakaś spółka z Dubaju, która zainwestowałaby w klub. Wtedy na pewno więcej kibiców odwiedzałoby stadion. Z drugiej strony menadżer nie zwrócił uwagi na to, że były święta, okres w którym z reguły ponosi się spore wydatki, a Walsall w styczniu grało pięć meczów u siebie. Trudno w takich okolicznościach oczekiwać kompletu w każdym spotkaniu, w końcu to nie Premier League.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz